-A dlaczego miałbym nie być?-Zapytał podnosząc brwi do góry.-Nie mam powodu, żeby traktować Cię jak jak oni Ciebie traktują. Nie zasługujesz na to kochanie.-chłopak uśmiechnął się i puścił do mnie oczko po czym się obrócił. Moje oczy automatycznie otworzyły się dwa razy szerzej i przełknęłam ciężko ślinę. Co on robi? Po pierwsze on ma dziewczynę, więc nie rozumiem jego zalotów do mnie? a po drugie, dlaczego on uważa, że nie zasługuję na takie traktowanie? i po trzecie i najważniejsze czemu on kurde dalej mówi kochanie? Niby fajnie, ale jednak nie. Wkurzające w najmniejszym calu i miłe w każdym milimetrze. Ciężko zrozumieć.
Przez resztę lekcji nie odzywaliśmy się ani słowem do siebie. Może i jakoś tak inaczej jestem postrzegana przez to co się stało wcześniej, ale nadal wiem, że nie jestem mile widziana na korytarzach tej szkoły. Wyszłam nie pewnie z klasy i szłam korytarzem starając się ignorować spojrzenia i komentarze innych. Nagle na mojej drodze stanęła Vanessa. No cholera! Chociaż raz chcę przejść tędy spokojnie.
-Czego chcesz?-westchnęłam zadzierając lekko głowę w górę.
-Nie wiem czy się wyraziłam nie jasno, czy po prostu jesteś zbyt tępa...
-Przecież nic nie zrobiłam.-Powiedziałam zrezygnowana na głupotę dziewczyny.
-Mała... przede mną nic się nie ukryje okej?-Warknęła.
-Jesteśmy tego samego wzrostu tylko ty masz na sobie te hmm...-może troszkę się pobawię... bo czemu nie, trzeba zyskać trochę szacunku.- przyznam ładne buty z zeszłego sezonu, kupione na wyprzedaży zgaduję?-Ha! Jej mina w tym momencie była świetna! Warto.
-Nie próbuj mnie wkurzać bo...
-Bo co?-przymrużyłam oczy.
-Bo jak się wkurwię to nie będziesz miała życia.
-Aha! To jeszcze Cię nie wkurzyłam? To brzmi jak wyzwanie.-uśmiechnęłam się zadziornie. Na prawdę zaczęło sprawiać mi przyjemność, wkurzanie jej. Myślę, że to moje nowe hobby. Dziewczyna już była czerwona ze złości. Podeszła do mnie na dwa kroki.-Odsuń ode mnie tą twoją psią mordę.-skrzywiłam się i odsunęłam. Nasza mała publiczność wydała z siebie głośne krzyki. Jednoczesne "Uuuu" kilkunastu osób dotarło do moich uszu co nie powiem mnie zadowoliło. Dziewczyna złapała mocno za moje włosy i szarpnęła z całej siły. Nie mówię, że nie bolało, bo bolało jak diabli, ale spodziewałam się więcej z jej strony. Kiedy dziewczyna puściła moje włosy po drugim szarpnięciu, przez chwilę stałam nie ruchomo patrząc się na nią. Vanessa była usatysfakcjonowana, ale kiedy znów się uśmiechnęłam, wyglądała jakby zaczęła żałować. Prawdopodobnie wyglądałam w tej chwili jak psychopatka, ale bywa. Zamachnęłam się z całej, ale to na prawdę całej siły i dziewczyna dostała porządnego plaskacza w twarz. Ups...
-Suko.-wycedziłam przez zęby i ominęłam ją dodatkowo również pociągając za włosy z tym, że ona upadła na ziemię. Tak możemy to zwalić na jej niestabilne podłoże mega wysokich szpilek i za pewne to jest tego prawdziwą przyczyną. Sama też bym na jej miejscu nie ustała. Ruszyłam pewniejszym krokiem w stronę sali z francuskiego. Usiadłam w ostatniej ławce, nie przejmując się tym, że miejsce może być zajęte. Już po prostu mam dość tej szkoły i ciągłego traktowania w ten sposób a i szczególnie tego co ta szkoła za mną robi. To dopiero trzeci dzień. Przez 8 lat nie przeklinałam tyle co przez te trzy dni, a konkretniej dzisiejszy. Po chwili krzesło obok mnie się odsunęło i ktoś na nim usiadł.
-Odejdź.-wysyczałam nie patrząc na to kto to jest.
-Spokojnie.-To Justin.
-Coś ty się mnie tak uczepił?-warknęłam spoglądając na niego.-Nie widzisz, że przez Ciebie mam problem?-podniosłam brwi.
-Widzę, ale widzę też, że skutecznie sobie z nim radzisz.-zaśmiał się.
-Mogę sobie z nim radzić, albo go nie mieć. Wybieram drugą opcję. Proszę Cię, nie mam nastroju.-powiedziałam zdecydowanie spokojniej.
-Widziałem twoje przedstawienie.-zaśmiał się a ja po chwili również się zaśmiałam.
-Ta... głupia sytuacja.-powiedziałam z nutką rozbawienia.
-Nie wiedziałem, że taka jesteś, ani przynajmniej się nie spodziewałem.
-No tak... w 99% jestem aniołem, ale cholera ten 1%.-zaśmiałam się razem z chłopakiem.
-Chyba lubię ten procent.-Posłał mi swój nieziemski pełny uśmiech, który odwzajemniłam. Poczułam jak moje policzki mnie pieką jak cholera. Spuściłam głowę w dół i zakryłam twarz włosami.
Przez resztę lekcji nie odzywaliśmy się ani słowem do siebie. Może i jakoś tak inaczej jestem postrzegana przez to co się stało wcześniej, ale nadal wiem, że nie jestem mile widziana na korytarzach tej szkoły. Wyszłam nie pewnie z klasy i szłam korytarzem starając się ignorować spojrzenia i komentarze innych. Nagle na mojej drodze stanęła Vanessa. No cholera! Chociaż raz chcę przejść tędy spokojnie.
-Czego chcesz?-westchnęłam zadzierając lekko głowę w górę.
-Nie wiem czy się wyraziłam nie jasno, czy po prostu jesteś zbyt tępa...
-Przecież nic nie zrobiłam.-Powiedziałam zrezygnowana na głupotę dziewczyny.
-Mała... przede mną nic się nie ukryje okej?-Warknęła.
-Jesteśmy tego samego wzrostu tylko ty masz na sobie te hmm...-może troszkę się pobawię... bo czemu nie, trzeba zyskać trochę szacunku.- przyznam ładne buty z zeszłego sezonu, kupione na wyprzedaży zgaduję?-Ha! Jej mina w tym momencie była świetna! Warto.
-Nie próbuj mnie wkurzać bo...
-Bo co?-przymrużyłam oczy.
-Bo jak się wkurwię to nie będziesz miała życia.
-Aha! To jeszcze Cię nie wkurzyłam? To brzmi jak wyzwanie.-uśmiechnęłam się zadziornie. Na prawdę zaczęło sprawiać mi przyjemność, wkurzanie jej. Myślę, że to moje nowe hobby. Dziewczyna już była czerwona ze złości. Podeszła do mnie na dwa kroki.-Odsuń ode mnie tą twoją psią mordę.-skrzywiłam się i odsunęłam. Nasza mała publiczność wydała z siebie głośne krzyki. Jednoczesne "Uuuu" kilkunastu osób dotarło do moich uszu co nie powiem mnie zadowoliło. Dziewczyna złapała mocno za moje włosy i szarpnęła z całej siły. Nie mówię, że nie bolało, bo bolało jak diabli, ale spodziewałam się więcej z jej strony. Kiedy dziewczyna puściła moje włosy po drugim szarpnięciu, przez chwilę stałam nie ruchomo patrząc się na nią. Vanessa była usatysfakcjonowana, ale kiedy znów się uśmiechnęłam, wyglądała jakby zaczęła żałować. Prawdopodobnie wyglądałam w tej chwili jak psychopatka, ale bywa. Zamachnęłam się z całej, ale to na prawdę całej siły i dziewczyna dostała porządnego plaskacza w twarz. Ups...
-Suko.-wycedziłam przez zęby i ominęłam ją dodatkowo również pociągając za włosy z tym, że ona upadła na ziemię. Tak możemy to zwalić na jej niestabilne podłoże mega wysokich szpilek i za pewne to jest tego prawdziwą przyczyną. Sama też bym na jej miejscu nie ustała. Ruszyłam pewniejszym krokiem w stronę sali z francuskiego. Usiadłam w ostatniej ławce, nie przejmując się tym, że miejsce może być zajęte. Już po prostu mam dość tej szkoły i ciągłego traktowania w ten sposób a i szczególnie tego co ta szkoła za mną robi. To dopiero trzeci dzień. Przez 8 lat nie przeklinałam tyle co przez te trzy dni, a konkretniej dzisiejszy. Po chwili krzesło obok mnie się odsunęło i ktoś na nim usiadł.
-Odejdź.-wysyczałam nie patrząc na to kto to jest.
-Spokojnie.-To Justin.
-Coś ty się mnie tak uczepił?-warknęłam spoglądając na niego.-Nie widzisz, że przez Ciebie mam problem?-podniosłam brwi.
-Widzę, ale widzę też, że skutecznie sobie z nim radzisz.-zaśmiał się.
-Mogę sobie z nim radzić, albo go nie mieć. Wybieram drugą opcję. Proszę Cię, nie mam nastroju.-powiedziałam zdecydowanie spokojniej.
-Widziałem twoje przedstawienie.-zaśmiał się a ja po chwili również się zaśmiałam.
-Ta... głupia sytuacja.-powiedziałam z nutką rozbawienia.
-Nie wiedziałem, że taka jesteś, ani przynajmniej się nie spodziewałem.
-No tak... w 99% jestem aniołem, ale cholera ten 1%.-zaśmiałam się razem z chłopakiem.
-Chyba lubię ten procent.-Posłał mi swój nieziemski pełny uśmiech, który odwzajemniłam. Poczułam jak moje policzki mnie pieką jak cholera. Spuściłam głowę w dół i zakryłam twarz włosami.
Cholera nie pojmuję, jak może być aż tak nudno w tym domu. Nie powiem, że jestem jakoś rozpieszczana nie wiadomo jak, ale mam wszystko czego chce, ale nadal to nie jest to. W tym wielkim domu, jest po prostu zbyt pusto. Potrzebuję, żeby w tym domu, pojawiło się życie. Mam świetny pomysł, niestety nie wiem co na to ciocia. Wraca o 19 to jest za pół godziny. Muszę z nią o tym pogadać, bo jeśli mam siedzieć w tym domu tyle czasu sama to ja chyba oszaleję. Nagle usłyszałam jak drzwi frontowe się otwierają, więc wyszłam z pokoju, żeby to sprawdzić. To ciocia, ale chwila co ona tu robi? No tak mieszka ale nie o to chodzi.
-Ciocia? Co ty tu robisz tak wcześnie? Myślałam, że będziesz za pół godziny.
-A spotkanie się skróciło.-powiedziała odwieszając na wieszak w przed pokoju swój brązowy płaszcz.
-Oh... w sumie to dobrze. Muszę z tobą pogadać.-Powiedziałam idąc z nią do salonu. Razem z ciotką usiadłyśmy. Ja na fotelu a ciocia na sofie.
-O czym tak pilnie chcesz gadać, hmm?
-Bo... wiesz Ciebie nie ma w domu praktycznie cały czas, a ja ten cały czas siedzę w domu sama jak palec i czuję, że za chwilę ogłupieję. Ta samotność mnie już przytłacza. Ja... ja... mam dość tej samotności. Dość, te kilka lat... czuję, że nie mam w ogóle życia, nie mam co z nim zrobić, a w tej całej szkole nie da się znaleźć znajomych.
-Przejdź do rzeczy za godzinę znów wychodzę.
-O widzisz! O tym mówię. I tak myślałam, że... że może, skoro ten dom jest taki wielki i są aż trzy wolne pokoje, to czemu ich nie zapełnimy? Mam na myśli, czy byś nie chciała... znaczy ja tylko proponuję... wynająć komuś jeden pokój?-Ciocia zmarszczyła brwi na moje słowa.- Wiesz, wiele młodych ludzi teraz poszukują, jakiegoś miejsca dla siebie. Wiele próbuję się usamodzielnić. Są studenci, którzy...
-Czy czasami nie przesadzasz?-Ciocia mi przerwała zdecydowanie będąca temu przeciwna.
-Nie ciocia. Nie przesadzam. Na prawdę nie chciałam byś być na moim miejscu choćby na tydzień.
-Równie dobrze mogę kupić Ci chomika.
-Nie ciocia! Nie rozumiesz! Ja potrzebuję mieć z kim porozmawiać, z kim wyjść na miasto, czy choćby na imprezę, których dobrze wiesz jak nienawidzę!
-To znajdź sobie koleżankę.
-Dobrze, tylko powiedz mi gdzie? W szkole na pewno nie, a po za nią tym bardziej. Dobrze mnie znasz i wiesz jaka jestem wstydliwa! Wiesz nawet, że wstydzę się kogoś nieznajomego zapytać o głupią godzinę! Nie wiesz jak mi jest ciężko siedzieć w tym domu samotnie. Nie wiesz, jak bardzo dużo dałabym, za jedną żywą duszę w tym domu razem ze mną. A po za tym co to za dla Ciebie różnica skoro jesteś po za domem 20 godzin na 24?-Ostatnie dwa zdania powiedziałam już zdecydowanie spokojniej, a ciocia patrzyła się na mnie z niedowierzaniem.-Proszę, to jak na razie jedyny pomysł jaki może mnie powstrzymać przed zamykaniem się w sobie.
-Kiedy ty tak nabrałaś gadki co?-ciocia się zaśmiała i ja również.
-To jak? Pomyślisz?-zapytałam z nadzieją w głosie. Na prawdę, myślę, że to bardzo dobry pomysł.
-Pomyślę, a teraz idę wziąć prysznic.-Ciotka wstała z sofy i wyszła z salonu a ja szeroko się uśmiechnęłam. Może i jeszcze nic nie jest postanowione, ale zawsze jest nadzieja, a nadzieja umiera jako ostatnia, niestety jest też matką głupich. Wstałam z fotela i ruszyłam do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko i chwyciłam do ręki telefon. Na ekranie pojawiła się informacja o trzech nieodebranych połączeń od Justina sprzed minuty, trzech minut i siedmiu minut. Woah! Co on do cholery ode mnie chce. Jeśli mu zależy zadzwoni jeszcze raz. Nie mam zamiaru do niego oddzwaniać i tym samym rzucać w ramiona. Serio nie wiem czego się mnie tak uczepił. Muszę sprawić, żeby zrozumiał to, że to nie ma sensu. Tacy jak on nie zadają się z takimi jak ja. Popularność rządzi się swoimi zasadami tak samo jak zazdrość, czego głównym dowodem na to jest osoba Vanessy. Na prawdę to rozumiem, ale kurcze bez przesady. Leżałam na łóżku patrząc w sufit. Niby zwykły sufit, a jednak nie. Inny bo jest czerwony i są na nim w przypadkowych miejscach namalowane kropki. Ten sufit w żadnym cholernym stopniu nie pasuje do reszty pokoju. Ściany w kolorze fuksji i białe meble. Trochę jak lalki barbie. Ale tak na prawdę ten sufit jest najlepszą częścią tego pokoju po za łóżkiem. Zawsze próbuję znajdować nowe i nowe wzorki łącząc w mojej wyobraźni kropki. To na prawdę mi pomaga w zasypianiu, choćbym miała spać na podłodze, jednak preferuję łóżko. Łóżko jest najważniejszym elementem w moim, życiu. Szczególnie to, które mi się podoba i to cholernie mimo, że jest w księżniczkowym stylu. Białe obramowanie, wysokie nogi tak, że gdy siadam na nim muszę się lekko wyciągnąć, miękki i gruby materac i mnóstwo poduszek. Zawsze muszę mieć pełno wszystkiego dookoła siebie. Mam dwa ulubione misie, które śpią ze mną od kiedy tylko je dostałam do chwili obecnej. Jeden dostałam od babci kiedy miałam 40 stopni gorączki a drugi na moje 14 urodziny. Ten od babci nie ma imienia ale ten drugi owszem. Nazwałam go Carter, bo strasznie podoba mi się to imię. Nie wiem dlaczego, po prostu. Inaczej mówiąc łóżko - moje całe, życie. Jeśli bym wylądowała na bezludnej wyspie i bym mogła wziąć jedną rzecz, byłoby to łóżko. Mogłabym umierać wygodnie i komfortowo. Mogłabym tak mówić o łóżku przez cały dzień ale, z tego wyrwał mnie cichy, zdecydowanie za cichy dźwięk telefonu. Wiedziałam, że zadzwoni. Matoł.
-Czego?-powiedziałam niechętnie do telefonu.
-Cześć Love, Ciebie też miło słyszeć jak Ci się wiedzie?-Powiedział sarkastycznie na co ja równie sarkastycznie się zaśmiałam.-Słyszę, że zły humor nadal Ci dopisuje co?
-W stosunku do Ciebie owszem.
-Auć...
-No co chcesz?
-Chciałem Cię zaprosić na imprezę.
-Nie dzięki wolę spać.-powiedziałam ostatecznie, nie chcąc ciągnąć tematu.
-Dlaczego nie?
-Bo nie.-westchnęłam i się rozłączyłam. Nie mam ochoty z nim dyskutować. Odłożyłam telefon i wróciłam do oglądania sufitu, niestety telefon ponownie zadzwonił.
-Ciocia? Co ty tu robisz tak wcześnie? Myślałam, że będziesz za pół godziny.
-A spotkanie się skróciło.-powiedziała odwieszając na wieszak w przed pokoju swój brązowy płaszcz.
-Oh... w sumie to dobrze. Muszę z tobą pogadać.-Powiedziałam idąc z nią do salonu. Razem z ciotką usiadłyśmy. Ja na fotelu a ciocia na sofie.
-O czym tak pilnie chcesz gadać, hmm?
-Bo... wiesz Ciebie nie ma w domu praktycznie cały czas, a ja ten cały czas siedzę w domu sama jak palec i czuję, że za chwilę ogłupieję. Ta samotność mnie już przytłacza. Ja... ja... mam dość tej samotności. Dość, te kilka lat... czuję, że nie mam w ogóle życia, nie mam co z nim zrobić, a w tej całej szkole nie da się znaleźć znajomych.
-Przejdź do rzeczy za godzinę znów wychodzę.
-O widzisz! O tym mówię. I tak myślałam, że... że może, skoro ten dom jest taki wielki i są aż trzy wolne pokoje, to czemu ich nie zapełnimy? Mam na myśli, czy byś nie chciała... znaczy ja tylko proponuję... wynająć komuś jeden pokój?-Ciocia zmarszczyła brwi na moje słowa.- Wiesz, wiele młodych ludzi teraz poszukują, jakiegoś miejsca dla siebie. Wiele próbuję się usamodzielnić. Są studenci, którzy...
-Czy czasami nie przesadzasz?-Ciocia mi przerwała zdecydowanie będąca temu przeciwna.
-Nie ciocia. Nie przesadzam. Na prawdę nie chciałam byś być na moim miejscu choćby na tydzień.
-Równie dobrze mogę kupić Ci chomika.
-Nie ciocia! Nie rozumiesz! Ja potrzebuję mieć z kim porozmawiać, z kim wyjść na miasto, czy choćby na imprezę, których dobrze wiesz jak nienawidzę!
-To znajdź sobie koleżankę.
-Dobrze, tylko powiedz mi gdzie? W szkole na pewno nie, a po za nią tym bardziej. Dobrze mnie znasz i wiesz jaka jestem wstydliwa! Wiesz nawet, że wstydzę się kogoś nieznajomego zapytać o głupią godzinę! Nie wiesz jak mi jest ciężko siedzieć w tym domu samotnie. Nie wiesz, jak bardzo dużo dałabym, za jedną żywą duszę w tym domu razem ze mną. A po za tym co to za dla Ciebie różnica skoro jesteś po za domem 20 godzin na 24?-Ostatnie dwa zdania powiedziałam już zdecydowanie spokojniej, a ciocia patrzyła się na mnie z niedowierzaniem.-Proszę, to jak na razie jedyny pomysł jaki może mnie powstrzymać przed zamykaniem się w sobie.
-Kiedy ty tak nabrałaś gadki co?-ciocia się zaśmiała i ja również.
-To jak? Pomyślisz?-zapytałam z nadzieją w głosie. Na prawdę, myślę, że to bardzo dobry pomysł.
-Pomyślę, a teraz idę wziąć prysznic.-Ciotka wstała z sofy i wyszła z salonu a ja szeroko się uśmiechnęłam. Może i jeszcze nic nie jest postanowione, ale zawsze jest nadzieja, a nadzieja umiera jako ostatnia, niestety jest też matką głupich. Wstałam z fotela i ruszyłam do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko i chwyciłam do ręki telefon. Na ekranie pojawiła się informacja o trzech nieodebranych połączeń od Justina sprzed minuty, trzech minut i siedmiu minut. Woah! Co on do cholery ode mnie chce. Jeśli mu zależy zadzwoni jeszcze raz. Nie mam zamiaru do niego oddzwaniać i tym samym rzucać w ramiona. Serio nie wiem czego się mnie tak uczepił. Muszę sprawić, żeby zrozumiał to, że to nie ma sensu. Tacy jak on nie zadają się z takimi jak ja. Popularność rządzi się swoimi zasadami tak samo jak zazdrość, czego głównym dowodem na to jest osoba Vanessy. Na prawdę to rozumiem, ale kurcze bez przesady. Leżałam na łóżku patrząc w sufit. Niby zwykły sufit, a jednak nie. Inny bo jest czerwony i są na nim w przypadkowych miejscach namalowane kropki. Ten sufit w żadnym cholernym stopniu nie pasuje do reszty pokoju. Ściany w kolorze fuksji i białe meble. Trochę jak lalki barbie. Ale tak na prawdę ten sufit jest najlepszą częścią tego pokoju po za łóżkiem. Zawsze próbuję znajdować nowe i nowe wzorki łącząc w mojej wyobraźni kropki. To na prawdę mi pomaga w zasypianiu, choćbym miała spać na podłodze, jednak preferuję łóżko. Łóżko jest najważniejszym elementem w moim, życiu. Szczególnie to, które mi się podoba i to cholernie mimo, że jest w księżniczkowym stylu. Białe obramowanie, wysokie nogi tak, że gdy siadam na nim muszę się lekko wyciągnąć, miękki i gruby materac i mnóstwo poduszek. Zawsze muszę mieć pełno wszystkiego dookoła siebie. Mam dwa ulubione misie, które śpią ze mną od kiedy tylko je dostałam do chwili obecnej. Jeden dostałam od babci kiedy miałam 40 stopni gorączki a drugi na moje 14 urodziny. Ten od babci nie ma imienia ale ten drugi owszem. Nazwałam go Carter, bo strasznie podoba mi się to imię. Nie wiem dlaczego, po prostu. Inaczej mówiąc łóżko - moje całe, życie. Jeśli bym wylądowała na bezludnej wyspie i bym mogła wziąć jedną rzecz, byłoby to łóżko. Mogłabym umierać wygodnie i komfortowo. Mogłabym tak mówić o łóżku przez cały dzień ale, z tego wyrwał mnie cichy, zdecydowanie za cichy dźwięk telefonu. Wiedziałam, że zadzwoni. Matoł.
-Czego?-powiedziałam niechętnie do telefonu.
-Cześć Love, Ciebie też miło słyszeć jak Ci się wiedzie?-Powiedział sarkastycznie na co ja równie sarkastycznie się zaśmiałam.-Słyszę, że zły humor nadal Ci dopisuje co?
-W stosunku do Ciebie owszem.
-Auć...
-No co chcesz?
-Chciałem Cię zaprosić na imprezę.
-Nie dzięki wolę spać.-powiedziałam ostatecznie, nie chcąc ciągnąć tematu.
-Dlaczego nie?
-Bo nie.-westchnęłam i się rozłączyłam. Nie mam ochoty z nim dyskutować. Odłożyłam telefon i wróciłam do oglądania sufitu, niestety telefon ponownie zadzwonił.
-No co chcesz?-westchnęłam.
-Czemu się rozłączyłaś?
-Bo nie mam ochoty z tobą gadać.
-Co ja Ci takiego zrobiłem?
-Nic po prostu, nie mam pojęcia po co do mnie dzwonisz.
-No mówiłem Ci. Zapraszam Cię na imprezę.
-Ale ja już odpowiedziałam, że nie.
-Dlaczego? Poznasz moich kolegów.
-Po pierwsze nie bo nie lubię imprez, po drugie twoi koledzy mnie nie polubią, a po trzecie, czemu Ci tak na tym zależy?
-Czemu od razu zakładasz, że Cię nie polubią?-zapytał, pomijając resztę moich słów. Cholerny matoł.
-Bo mnie nikt nie lubi. Mnie się nie da lubić.-wzruszyłam ramionami mimo, że on tego nie widzi.
-A ja Cię polubiłem i co zrobimy z tym fantem kochanie?
-Nic, po prostu mogę z tego wywnioskować, że jesteś głupi. I skończ tak do mnie mówić.
-Dobra, dobra. Będę o 20.
-Chyba Cię posrało.
-Ubierz coś ładnego.-zaśmiał się.
-Chyba Cię posrało.-powtórzyłam.
-Do zobaczenia o 20.
-Chyba Cię posrało.-powtarzałam jakbym się zacięła na tym zdaniu, kiedy on tylko się śmiał i się rozłączył. Chyba go coś boli, że ja gdzieś idę ohoho nie ma szans. Schowałam telefon do spodenek i zeszłam do kuchni. Ponownie usłyszałam dźwięk telefonu, ale tym razem to była wiadomość.
Od Justin:
"Ty. Ja. Impreza. Dzisiaj. 20."
Tak matole zapomniałam przez te 60 sekund. Ugh...
Do Justin:
"Jesteś chory"
Szybko odpisałam i wzięłam się za smarowanie kanapek nutellą. Kiedy już to zrobiłam, nalałam mleka do szklanki i udałam się ze szklanką i talerzem pełnym kanapek do salonu. Chwilę później telefon znów wydał ten sam dźwięk co kilka minut temu. Spojrzałam na ekran.
Od Justin:
"Wiem, dziękuje kochanie ;)"
Nie wierzę w tego człowieka. Jak można być takim idiotą? Rzuciłam telefon na sofę i usiadłam na fotelu, i zabrałam się za jedzenie kanapek. O 19.20 zeszła ciocia i zaczęła ubierać buty.
-Wrócę późno, nie czekaj na mnie.-Powiedziała pośpiesznie przeglądając się w lustrze. Mruknęłam ciche "jasne" a ciocia wyszła z domu. Kontynuowałam jedzenie kanapek i oglądałam telewizor. Leciał jakiś durny serial, więc zaczęłam przeglądać każdy kanał po kolei. Hmm.. Netflix nie rozpieszcza. Tyle kanałów a i tak nic nie leci. No niby coś tam leci ale ja jestem mega ale to mega wybredna. Cóż przyznaję z ręką na sercu, że ciężko jest mi dogodzić i że jestem na prawdę dziwnym człowiekiem. Dużo rzeczy się boję, ale i tak najbardziej lubię oglądać horrory, dużo rzeczy nie lubię, a i tak to robię, nie lubię za dużo jeść ale i tak często jem na potęgę. Ciężko jest mnie zrozumieć.
O równej 20 zadzwonił dzwonek do drzwi. Wywlekłam się spod koca i w myślach miałam nadzieję, że to nie Justin i że sobie odpuścił. Niestety jak mówiłam nadzieja matką głupich. Za progiem stał Justin. Wyglądał na prawdę... dobrze. Miał na sobie czarne spodnie zwężające się w kolanach, które praktycznie zwisały dosłownie jakby narobił w nie. Nie wiem jakim cudem jeszcze trzymały mu się na dupie ale okej. Do tego miał białą bluzkę i czarną skórzaną kurtkę z podwiniętymi rękawami.
-Jeszcze nie gotowa?-Zapytał "zdziwiony" Justin.
-Nigdzie nie idę już Ci mówiłam.- Na moich ramionach pojawiła się gęsia skórka.-Wejdź, zimno jest.-Powiedziałam odsuwając się z przejścia i po wejściu chłopaka zamykając drzwi.
-Czemu nie chcesz iść?
-Bo nie już Ci mówiłam.
-To kiepski argument.-zaśmiał się.
-A lepszym jest to, że nie lubię imprez i nie mam zamiaru się na niej pojawić?-Justin chwilę udawał, że myśli, ale chyba nie nadaje się na myśliciela, bo wtedy nie wygląda. Bardziej przypomina srającego krasnala. Najlepsze porównania tylko u Love! Polecam.
-Nie to nadal nie jest dobry argument, ale dobrym argumentem na to żebyś poszła, jest to, że przyda Ci się troszkę rozrywki.
-Oh.. nie wymądrzaj się tak. Mówię Ci, że nie idę to nie.-Na prawdę uparty z niego człowiek. Nie wiem co gorsze. To, że znów zrobił minę srającego krasnala, czy to że dalej brnie w swoje.
-A ja chcę iść tam z tobą kochanie i pójdę, nawet jeśli miałbym Cię sam ubierać, malować czy coś tam i sam Cię tam zanieść.
-Grr! Daj se siana!
-Zdecydowanie musisz się uspokoić.
-Ja? Ja jestem oazą spokoju, kochanie.-powiedziałam akcentując ostatnie słowo, by uświadomił sobie to, że mam dość, że do mnie tak mówi.
-Nie widać. No już! Dawaj i idź się przebierać.-A en dalej brnie w zaparte.
-Chyba Ci coś tam zatkało dostęp tlenu do mózgu.-prychnęłam i złożyłam ręce na piersiach kiedy Justin złapał mnie nagle w pasie i przerzucił sobie przez ramię. Otworzył drzwi i wyszedł przed dom.
-Nie! Puść mnie matole! Justin zostaw! Nie pójdę w tym, tym bardziej!
-Czyli pójdziesz?
-Ta... może, ale nigdy w tym co mam na sobie.
-Jak dla mnie wyglądasz w tym dobrze.-powiedział stawiając mnie na ziemię. Szepnęłam ciche "Matoł" i z powrotem wróciliśmy do domu.
-Dziesięć minut.-Powiedziałam obrażona i poszłam do pokoju. Jakim cudem on mnie zmusił... nie jakim cudem ja uległam? Weszłam do pokoju i trzasnęłam drzwiami. Cholerny idiota. Wyciągnęłam z szafy czarne obcisłe rurki z podwyższonym stanem i czarny bralet w kwiatki. Założyłam to i rozpuściłam włosy z kucyka. Zrobiłam szybko kreski eyelinerem, wzięłam telefon i klucze z torebki i zeszłam na dół. Weszłam do salonu i wyłączyłam telewizor. W holu ubrałam białe converse i czarną skórzaną kurtkę. Justin stał i cały czas się gapił.
-Co się gapisz jak szpak w pizdę?-Chłopak tylko się zaśmiał i wyszedł z domu a ja zaraz za nim i zamknęłam drzwi na klucz. Odwróciłam się zeszłam z ganku i doszłam do Justina czekającego dwa kroki dalej.
-Ym... Justin? Gdzie jest twoje auto?-zapytałam podnosząc brwi do góry.
-Dzisiaj pojedziemy czym innym.-uśmiechnął się głupio, złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę czarnego motoru. Otworzyłam szeroko oczy i popatrzyłam na chłopaka ze zdumieniem.-Podoba się?-powiedział zadowolony ze swojego motoru.
-Jasne, ale trzeba było mnie poinformować to wysikałabym się jeszcze ze dwa razy.-Nie wsiądę na to nie ma szans. Może i lubię prędkość, ale tylko że tak powiem w zamkniętej przestrzeni.-Nie wsiądę na to.-powiedziałam pewnie.
-Nie żartuj, że się boisz?-popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
-Nie żartuję.-to że powiedziałam to pewnie, nie oddaje tego jak bardzo jestem co do tego poważna.
-Nie wymyślaj znów.
-Nie. Ja się boje i nie wsiądę!
-Proszę Cię Love...-podszedł do mnie-Nie utrudniaj jeszcze bardziej. Będę ostrożny?-złapał mnie za ramiona.
-Nie możemy iść na nogach?Proszę?-Do czego to doszło, że muszę go prosić o cokolwiek.
-Do jutra byśmy tam na piechotę nie doszli. -No to jesteśmy w kropce.-No dawaj. Lo?
-To ja może jednak wrócę do domu.-Powiedziałam spuszczając głowę. Nagle Justin włożył mi kask na głowę. A sam już siedział na motorze z również założonym kaskiem.
-Wsiadaj.-poklepał miejsce za sobą. Podeszłam niepewnie do maszyny i wskoczyłam na siedzenie. Tak wskoczyłam. Dla mnie jest po prostu za wysoko.
-Co ja robię.-westchnęłam cicho przytulając Justina i zamykając powieki. Czekałam tylko, aż Justin ruszy i będziemy już na tej przeklętej imprezie.
-Um... Love? Nie umiem się ruszać.-Gdy to powiedział od razu od niego odskoczyłam.
-Oh.. sorki.-zaśmiałam się niezręcznie i znów się przytuliłam do jego pleców z tym, że o wiele lżej.
-Oj teraz nie przesadzaj. Nie jestem z porcelany. Złap się mocniej, ale bez przesady.-Jak powiedział tak zrobiłam. Justin ruszył z pod domu i jechaliśmy. Cały czas coraz bardziej przyśpieszał a ja coraz mocniej go ściskałam w talii. W jednym momencie Justin złapał jedną ręką moje dłonie splecione na jego brzuchu, dając mi tym wyraźnie do zrozumienia, że za mocno go trzymam. Ponownie poluźniłam ręce.
. Jechaliśmy tak dobre pół godziny przez miasto, kiedy Justin skręcił w jakąś ciemną ulicę. Moje serce zastało w ruchu. Nie mam pojęcia, czy mogę mu zaufać. A jak na razie jestem w fazie chce zwiać, ale nie mogę. Ścisnęłam mocniej uścisk zwracając uwagę, aby nie zrobić tego za mocno. Chociaż mogłabym go udusić i zabrać motor i uciec, ale przecież się boję, więc to nie wchodzi w grę. Pozostaje mi tylko mu zaufać. Już chwilę później byliśmy w jakimś lasku nieopodal, którego był duży budynek, z którego leciała głośna muzyka.
Justin POV.
Love była przerażona, kiedy wjechaliśmy w tą uliczkę, ale się jej nie dziwię. Też bym sobie nie ufał nie znając mnie. Ale nie mam zamiaru jej nic zrobić. Po prostu kumpel organizuje imprezę w tym miejscu. Zatrzymałem moje Kawasaki obok budynku, z którego mogłem usłyszeć kawałek Tygi In This Thang. Love nawet nie zauważyła, że się zatrzymaliśmy i cały czas była mocno przytulona do moich pleców.
-Love, puść mnie.-Nagle dziewczyna oderwała się ode mnie jak poparzona i zeskoczyła z motoru. Szybko ściągnęła kask i mi go rzuciła. Odsunęła się na kilka kroków i stała jak wryta, twarzą nie wyrażając żadnych emocji. Również zszedłem i ściągnąłem kask. Kask Love wsadziłem do schowka a swój trzymałem w ręce. Podszedłem do Lo i wolną ręką objąłem ją ramieniem w talii i pociągnąłem ją lekko w stronę budynku.
Love POV.
Lol nie pasuję tu ani trochę i nie będę. Wszyscy się na mnie gapią jakbym miała trzy głowy. Justin cały czas trzymał mnie w talii, co sprawiało, że czułam się jeszcze dziwniej i dziwniej z każdym kolejnym krokiem. Odsunęłam od siebie rękę Justina i popatrzyłam na niego bez emocji. On również na mnie popatrzył pytającym wzrokiem. Pokręciłam głową i odeszłam do wysepki. Usiadłam obok jakiejś dziewczyny a obok mnie było wolne miejsce. Posłałam uśmiech blondynce, który odwzajemniła i obróciłam się do baru. W środku jest całkiem inaczej niż się można było spodziewać z zewnątrz, ale przyznam, że dobra miejscówka bo nie ma sąsiadów, którzy są zbyt natrętni.
-Um... cześć.-Powiedziała blondynka, a raczej krzyknęła przez tą głośną muzykę.
-Cześć.-uśmiechnęłam się, bo nie spodziewałam się, że się do mnie ktokolwiek odezwie.
-Jestem Amy.-Dziewczyna wyciągnęła rękę w moją stronę.
-A ja...-przerwałam na chwilę i uśmiech mi trochę zmalał. Nie lubię tego imienia.-Love. Miło mi Cię poznać.-Uścisnęłam rękę dziewczyny.
-Mi Ciebie również. Bardzo nie spotykane imię, ale ładne.-dziewczyna się uśmiechnęła. Spodziewałam się takich słów. Ludzie dziwnie reagują na to imię jakby było ściągnięte z kosmosu. Nie mówię, że jest normalne, które słyszy się na co dzień, ale bez przesady.
-Twoje również ładne. Co tutaj robisz? Dziwi mnie, że są tu w miarę normalni ludzie.-Poważnie nie spodziewałam się tutaj na Bronx normalnych ludzi, serio miałam ochotę jak najszybciej stamtąd zwiać.
-Znajomy mnie zmusił.
-Oh... to tak jak mnie.-zaśmiałyśmy się obie. Amy okazała się świetną osobą, wymieniłyśmy się numerami i napiłyśmy się piwa. Później doszedł do nas wcześniej wspomniany kolega Amy. Jakiś czas później przesiedliśmy się na kanapę i owy kolega fundnął sobie "kreskę". Dostałam również propozycję skorzystania ale się powstrzymałam. Znów do tego nie wrócę, tak samo jak do innych rzeczy, które chciałabym od siebie odsunąć. Takie jak palenie. Na tej "imprezie", którą chętnie bym już zakończyła, wypaliłam 4 fajki w ciągu godziny. Niby nie dużo, ale jednak. Niby taki ze mnie aniołek i że nie przeklinam, jestem grzeczna ale zapalić zapalę. Świetnie się dogadałam z Amy i wymieniłyśmy się numerami, kiedy przyszedł do nas Justin, który przez półtora godziny miał mnie w dupie a niby tak bardzo chciał tu ZE MNĄ przyjść, a ma mnie głęboko w czterech literach.
-Justin?-Powiedziała Amy z zaskoczeniem.
-Amy.-Odpowiedział z równym zaskoczeniem.
-To... to wy się znacie?-wtrąciłam się nagle i wyrwałam ich z zapatrzenia się w siebie.
-Uh... Tak. Starzy znajomi.- Odpowiedział szybko chłopak jakby się denerwował.
-Fajnie. Przynajmniej nie muszę was przedstawiać.-Uśmiechnęłam się uspokajająco, co zadziałało bo wyglądali oboje jakby kamień im spadł z serca. Oboje przytaknęli i się uśmiechnęli. Nagle przy boku dalej stojącego Justina stanęła Vanessa. Skąd ona do jasnej ciasnej się tu wzięła.
-Vanessa co ty tu robisz?-zapytał tak samo zdziwiony chłopak.
-A co nie cieszysz się, że widzisz swoją dziewczynę?-udała urażoną. A Justin pocałował ją w policzek, na co przewróciłam oczami.
-Oczywiście, że się cieszę, ale się Ciebie tu nie spodziewałem.- chłopak objął dziewczynę ramieniem w talii.
-Dowiedziałam się, że przyszedłeś tutaj z nią a chciałam sobie z nią pogadać.
-Ona ma imię.-wtrąciłam się oburzona, na co ona parsknęła.
-Cokolwiek. Idziesz czy nie?-ponownie przewróciłam oczami i ruszyłam za dziewczyną, ale Justin złapał mnie za nadgarstek. Popatrzyłam na niego pytającym wzrokiem.
-Uważaj na nią.-powiedział i mnie puścił. Kiwnęłam głową i poszłam za dziewczyną.
**************************
SORKA ZA BŁĘDY I OPÓŹNIENIE :*
SORKA ZA BŁĘDY I OPÓŹNIENIE :*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz