`@#%()-_:;NOTKA NA DOLE;:_-)(%#@`
Leżąc na podłodze, rozmyślałam nad całym zajściem, które miało miejsce wczoraj. Nie wiedziałam, czemu tak bardzo przeszkadza im moje imię. Moi rodzice po prostu byli bardzo religijni. Wiara, Nadzieja i Miłość. Wiecie o co chodzi? No tak... Moi rodzice nie chcieli mnie nazywać tak jak już wiele osób się nazywa. Chcieli być oryginalni, dlatego wybrali to imię. Mama zawsze mówiła, że jest piękne, bo uważa, że miłość jest pięknym i silnym uczuciem. Jak ja. Kiedy mama była w zaawansowanej ciąży ze mną, spadła ze schodów i było zagrożenie poronienia. Równie dobrze mogłoby mnie teraz nie być w tym miejscu, w którym aktualnie jestem. Byłoby to dla mnie plusem jak i minusem, bo na prawdę moje życie nie jest tak ciekawe, ale szkoda by mi było tych wszystkich chwil, które pojawiały się w tym życiu. Myślałam też o tym chłopaku, Nie wiem dlaczego on jest taki dla mnie miły i dlaczego mnie broni, ale bardzo fajnie z jego strony. On jako jedyny zdaje się nie chcieć mnie zabić, zgwałcić albo zjeść żywcem w tej szkole. Przynajmniej tak mi się wydaje, ale wydaje się też, że znajomość z nim nie wróży nic dobrego, dlatego mam zamiar trzymać się z daleka od każdego w tej szkole, dopóki nie wyjaśnię z ciocią całego tego zajścia i nie będę musiała już uczęszczać do tej beznadziejnej szkoły. Nie, nie, nie. Sama szkoła nie jest beznadziejna, tylko uczniowie. Szczerze, nie umiem się już doczekać aż to piekło się skończy.
~*~
-Przepraszam Lo. Chciałam Cię dać do normalnej szkoły, ale aktualnie ta była najbliżej, która miała wolne miejsca. Pozostałe szkoły w okolicy mają już maksimum uczniów. Na razie musisz przeżyć w tej szkole. Może jeśli wyjdzie z tym sklepem, to wtedy załatwię Ci nauczanie domowe, ale to musi trochę potrwać.-Tłumaczyła ciotka, kiedy szłyśmy parkiem.
-Ale ciociu! Ja nie mogę. Ja nie wytrzymam, nie dam rady. Do tej szkoły chodzą sami idioci!-Krzyczałam z frustracji. Nie. Nie mogłam tego powiedzieć spokojnie, bo okazało się, że będę musiała chodzić do tej patologicznej szkoły jeszcze spory czas.
-Lo, nie mów tak.-Powiedziała ciocia poważnie starając się mnie pouczyć.
-Ale kiedy to prawda!-Wszyscy mają ochotę mnie tam zabić albo udupić!
-Lo wyrażaj się! I nie mów tak. Będziesz chodzić do tej szkoły czy Ci się to podoba czy nie! Na pewno nie może być aż tak źle jak mówisz.
-Oj jest...
-Lo koniec dyskusji. Idziemy do domu.-Ohoho ciocia chyba się wkurzyła i to porządnie.
-Nie chce iść. Pochodzę jeszcze po parku.
-Zaraz będzie padać.-Powiedziała zerkając na granatowe niebo.
-Mam parasolkę.-Powiedziałam i nie czekając na odpowiedź ruszyłam przed siebie. Ciotka na szczęście się poddała i poszła. Musiałam się oswoić z myślą, że muszę tam wytrzymać. Wytrzymać bez żadnych znajomych, których i tak nigdy nie miałam wiele, czy bez kogokolwiek z kim mogłabym porozmawiać o jakichkolwiek głupich tematach. Nie żądam nie wiadomo jak wiele, tylko jednej koleżanki, z którą można gdzieś wyjść. Jak ciotka przewidywała już pięć minut później zaczął padać deszcz. Wyciągnęłam parasolkę i ją rozłożyłam. Mimo deszczu szłam dalej przez park. Dom jest nie daleko, więc jakby miała zacząć się burza, mogłabym w kilka minut się tam znaleźć, jednak jak na razie nie muszę się martwić.
Deszcz z minuty na minutę padał coraz mocniej, mimo to ja szłam dalej przed siebie wsłuchując się w krople uderzające o mój bordowy jeśli was to interesuje parasol. Z oddali zauważyłam sylwetkę jakiegoś człowieka siedzącego i moknącego na jednej z ławek. Troszkę przyśpieszając ruszyłam w jego stronę. Był oparty łokciami o kolana, wyglądał na niewzruszonego tym, że jest cały przemoknięty. Chłopak wstał gdy zobaczył, że do niego podeszłam. To Justin. Dzisiaj w szkole poznałam jego imię. Widziałam też dzisiaj jak zastraszał jakiegoś kolesia w szkole. Nie wiem o co chodzi ale trochę się przeraziłam.
-Co ty tu robisz?-Zapytałam patrząc na jego przemoczone ubrania.-I czemu nie idziesz do domu? Przecież leje.
-Chyba widzę, nie?
-No nie byłabym tego taka pewna...
-No, tak. Przecież uważasz, że jestem idiotą.-Zmarszczyłam brwi i przysunęłam parasol w stronę blondyna.
-Co?
-Słyszałem jak mówiłaś albo nawet krzyczałaś to jakiejś kobiecie. Myślę, że cały park to usłyszał.-Przewrócił oczami a ja spojrzałam na ziemię.
-Um... nie miałam tego na myśli.
-To ciekawe co...
-Sama nie wiem. Tak btw. Coś się stało?-zapytałam hm.. zmartwiona? Nie wiem chciałam się wyplątać z tej głupiej sytuacji, ale ja na prawdę nie miałam tego na myśli bo... nie każdego znałam a Ci których poznałam to rzeczywiście idioci. No okej może poza Justinem, on zdaje się być spoko... w stosunku do mnie, ale to chyba tylko i wyłącznie dlatego, że gdy grał na gitarze dałam mu pieniądze do futerału. Normalnie, gdybym tego nie zrobiła on też by mnie gnoił.
-Nic istotnego...
-Ta jasne... wyglądałeś na przybitego i to konkretnie.-Pojawia się pytanie... Skąd we mnie tyle odwagi, że z kimkolwiek rozmawiam? I drugie - Dlaczego jeszcze nie uciekłam? On nie wygląda na zbyt chętnego do zwierzania mi się ani nawet do rozmowy.
-Jest okej. Sorry ale muszę już iść.
-Okej. To cześć.-Posłałam mu delikatny uśmiech a on co? Pocałował mnie w policzek i powiedział pa, bo co? Nie wiem. Ale w sumie zaskoczył mnie. Poszedł jak gdyby nigdy nic do auta a ja odprowadziłam go wzrokiem. W tym mieście wszystko i wszyscy są tak bardzo dziwni. Nawet drzewa w tym wszystkim wydawaj się być dziwne. Mimo wszystko nie narzekam, choć nadal do tego nie pasuję ani w milimetrze. W sumie chciałabym sprawdzić jak to jest się do tego wszystkiego pod pasować. Kiedyś na pewno spróbuję, ale na razie nie jest na to odpowiedni moment. Nie dla mnie. Ja potrzebuję trochę czasu, żeby się do klimatyzować do otoczenia. Powolnym krokiem szłam w stronę domu a niebo zaczynało się rozjaśniać i wychodzić słońce, mimo że deszcz nadal padał. Na niebie pojawiła się podwójna tęcza i każde dziecko, które widziałam czy w przejeżdżającym aucie, czy w oknie cieszyło się na jej widok. Chciałabym mieć młodszego brata. Albo przynajmniej kogoś kto byłby dla mnie tak bliski no i młodszy. Gdy weszłam do domu i ściągnęłam z siebie buty i kurtkę, w kuchni zostałam zasypała milionami pytań.
-Kto to był? Jak długo go znasz? jak na ma imię?-Aha nie wiem o co chodzi.
-Woah! Zaczekaj...-Podniosłam do góry ręce zatrzymując ciocię przed zadawaniem kolejnych głupich pytań.-Najpierw mi powiedz o co Ci chodzi?-Podniosłam do góry brwi oczekując na odpowiedź ze strony ciotki.
-No ten chłopak...-Przewróciła oczami.
-Co? Skąd wiesz? Przecież ty... ale... co?-Ta kobieta mnie szpiegowała czy co? Mam się czuć obserwowana?
-Byłam w sklepie.-wzruszyła ramionami jak gdyby sie nic nie stało.
-W 10 minut? Zazwyczaj jesteś tam koło godziny.
-Potrzebowałam tylko kilka rzeczy. To jak się nazywa? Gdzie go poznałaś?-Ciotka jest strasznie dociekliwa. Bardziej niż zwykle. Zazwyczaj wolała mi dać spokój bo wie jaka jestem. Może jej samej się on spodobał i dlatego się tak wypytuje.
-Ugh... Nazywa się Justin i chodzimy razem do klasy...
-Czyli nie każdy jest idiotą jak mówisz hm? Podoba Ci się?
-Jest w porządku.-wzruszyłam ramionami siadając na krześle i opierając brodę o łokcie.
-W porządku? Naprawdę? Przyznaj niezłe z niego ciacho.
-Fuj ciocia... Jak Ci się tak podoba to się za niego bierz a mi daj spokój.
-Nie, nie ja jestem za stara.-Ciotka się zaśmiała.
-w sumie racja.
-Czy ty mówisz, że jestem stara?-Ciocia udała urażoną.
-Sama to przyznałaś. Nie ukrywam, że nie jesteś nie wiadomo jaka młoda, ale nie wyglądasz na dużo. Gdybym Cię nie znała dałabym Ci maksimum 25 lat.-Zaśmiałam się. Tak ciocia nie jest najmłodsza... ma 30 lat, ale wcale nie tyle nie wygląda.
-Dobra, dobra. Nie podlizuj się. A powiedz mi jeszcze... ile ten Justin ma lat?
-Nie wiem. Znam go dopiero dwa dni, nie znam jego historii. A zresztą co się tak interesujesz?
-Nic po prostu cieszę się, że znalazłaś sobie znajomych.
-Woah! Chyba się zagalopowałaś! Po primo liczba pojedyncza po sekundo on nie jest moim znajomym. To tylko chłopak z mojej przeklętej klasy.
-To dlaczego Cię pocałował w policzek?-Ona widziała dużo. Dużo za dużo.
-Nie wiem sama go zapytaj...-Powiedziałam a mój telefon zawibrował w kieszeni i wydał charakterystyczny dźwięk. Wyciągnęłam telefon i odebrałam wiadomość. "Przepraszam".
O co kurde chodzi? Po pierwsze nikt ze mną nie pisze, po drugie za co i kto by miał mnie przepraszać? Odpisałam do nieznajomego.
"Kto pisze? I za co przepraszasz?"
Nie musiałam długo czekać, aż dostanę odpowiedź.
"Za tego całusa. Zapomniałem się."
Aha. Wszystko wiem. Tylko skąd on ma mój numer? Zaraz po zapisaniu go w moich kontaktach w telefonie odpisałam.
"Skąd masz mój numer?"
-Z kim piszesz?-Wtrąciła się ciocia wyciągając różne produkty z lodówki i z szafek.
-Uhm... Pomyłka. A teraz um... gram. A ty co robisz?-Ona za dużo chce ze mnie wyciągnąć.
-Będę piec ciasto.
-Ok.-powiedziałam i poszłam do salonu spoglądając na znów wibrujący telefon.
"Kochanie, jestem z Bronxu. Dla mnie to nie problem ;)"
Aha. Znów. Położyłam się na kanapie i już nic mu nie odpisałam. Chwila! Czy on mnie nazwał kochaniem? Coś mi się zdaje, że znów się zapomina. Chwilę później mój telefon znów zawibrował, tyle że tym razem dzwonił. Rany! Oczy on mi nie da spokoju. Litości... Nie wiedziałam czy odebrać, ale w końcu odebrałam i przyłożyłam telefon do ucha.
-Halo?
-Cześć.
-Cześć? Dlaczego do mnie dzwonisz?
-Nudzi mi się.-Mogłam sobie wyobrazić, że właśnie wzruszył ramionami.
-Aha i dlatego postanowiłeś, że zadzwonisz właśnie do mnie?-Zmarszczyłam brwi.
-Chyba...-Chwila... czy on mnie irytuje? Tak, irytuje mnie.
-Nie nasłał mnie... raczej Ciebie nie nasłał na mnie, któryś z twoich głupich koleżków?
-Nie, a co?
-Nic. Wolę się upewnić. Wolę być przezorna i pewna.
-Jesteś zbyt porządna.
-A ty zbyt nie porządny. Nie umiem Cię ogarnąć ani w jednym calu.
-I o to chodzi. Nie chce żeby ktoś mógł czytać ze mnie jak z otwartej książki, jak z Ciebie kochanie.-znowu to robi, znowu to robi, znowu to robi, znowu. Zabije go ale może kiedy indziej.
-Po primo, nie mów do mnie kochanie a po
-Przepraszam Lo. Chciałam Cię dać do normalnej szkoły, ale aktualnie ta była najbliżej, która miała wolne miejsca. Pozostałe szkoły w okolicy mają już maksimum uczniów. Na razie musisz przeżyć w tej szkole. Może jeśli wyjdzie z tym sklepem, to wtedy załatwię Ci nauczanie domowe, ale to musi trochę potrwać.-Tłumaczyła ciotka, kiedy szłyśmy parkiem.
-Ale ciociu! Ja nie mogę. Ja nie wytrzymam, nie dam rady. Do tej szkoły chodzą sami idioci!-Krzyczałam z frustracji. Nie. Nie mogłam tego powiedzieć spokojnie, bo okazało się, że będę musiała chodzić do tej patologicznej szkoły jeszcze spory czas.
-Lo, nie mów tak.-Powiedziała ciocia poważnie starając się mnie pouczyć.
-Ale kiedy to prawda!-Wszyscy mają ochotę mnie tam zabić albo udupić!
-Lo wyrażaj się! I nie mów tak. Będziesz chodzić do tej szkoły czy Ci się to podoba czy nie! Na pewno nie może być aż tak źle jak mówisz.
-Oj jest...
-Lo koniec dyskusji. Idziemy do domu.-Ohoho ciocia chyba się wkurzyła i to porządnie.
-Nie chce iść. Pochodzę jeszcze po parku.
-Zaraz będzie padać.-Powiedziała zerkając na granatowe niebo.
-Mam parasolkę.-Powiedziałam i nie czekając na odpowiedź ruszyłam przed siebie. Ciotka na szczęście się poddała i poszła. Musiałam się oswoić z myślą, że muszę tam wytrzymać. Wytrzymać bez żadnych znajomych, których i tak nigdy nie miałam wiele, czy bez kogokolwiek z kim mogłabym porozmawiać o jakichkolwiek głupich tematach. Nie żądam nie wiadomo jak wiele, tylko jednej koleżanki, z którą można gdzieś wyjść. Jak ciotka przewidywała już pięć minut później zaczął padać deszcz. Wyciągnęłam parasolkę i ją rozłożyłam. Mimo deszczu szłam dalej przez park. Dom jest nie daleko, więc jakby miała zacząć się burza, mogłabym w kilka minut się tam znaleźć, jednak jak na razie nie muszę się martwić.
Deszcz z minuty na minutę padał coraz mocniej, mimo to ja szłam dalej przed siebie wsłuchując się w krople uderzające o mój bordowy jeśli was to interesuje parasol. Z oddali zauważyłam sylwetkę jakiegoś człowieka siedzącego i moknącego na jednej z ławek. Troszkę przyśpieszając ruszyłam w jego stronę. Był oparty łokciami o kolana, wyglądał na niewzruszonego tym, że jest cały przemoknięty. Chłopak wstał gdy zobaczył, że do niego podeszłam. To Justin. Dzisiaj w szkole poznałam jego imię. Widziałam też dzisiaj jak zastraszał jakiegoś kolesia w szkole. Nie wiem o co chodzi ale trochę się przeraziłam.
-Co ty tu robisz?-Zapytałam patrząc na jego przemoczone ubrania.-I czemu nie idziesz do domu? Przecież leje.
-Chyba widzę, nie?
-No nie byłabym tego taka pewna...
-No, tak. Przecież uważasz, że jestem idiotą.-Zmarszczyłam brwi i przysunęłam parasol w stronę blondyna.
-Co?
-Słyszałem jak mówiłaś albo nawet krzyczałaś to jakiejś kobiecie. Myślę, że cały park to usłyszał.-Przewrócił oczami a ja spojrzałam na ziemię.
-Um... nie miałam tego na myśli.
-To ciekawe co...
-Sama nie wiem. Tak btw. Coś się stało?-zapytałam hm.. zmartwiona? Nie wiem chciałam się wyplątać z tej głupiej sytuacji, ale ja na prawdę nie miałam tego na myśli bo... nie każdego znałam a Ci których poznałam to rzeczywiście idioci. No okej może poza Justinem, on zdaje się być spoko... w stosunku do mnie, ale to chyba tylko i wyłącznie dlatego, że gdy grał na gitarze dałam mu pieniądze do futerału. Normalnie, gdybym tego nie zrobiła on też by mnie gnoił.
-Nic istotnego...
-Ta jasne... wyglądałeś na przybitego i to konkretnie.-Pojawia się pytanie... Skąd we mnie tyle odwagi, że z kimkolwiek rozmawiam? I drugie - Dlaczego jeszcze nie uciekłam? On nie wygląda na zbyt chętnego do zwierzania mi się ani nawet do rozmowy.
-Jest okej. Sorry ale muszę już iść.
-Okej. To cześć.-Posłałam mu delikatny uśmiech a on co? Pocałował mnie w policzek i powiedział pa, bo co? Nie wiem. Ale w sumie zaskoczył mnie. Poszedł jak gdyby nigdy nic do auta a ja odprowadziłam go wzrokiem. W tym mieście wszystko i wszyscy są tak bardzo dziwni. Nawet drzewa w tym wszystkim wydawaj się być dziwne. Mimo wszystko nie narzekam, choć nadal do tego nie pasuję ani w milimetrze. W sumie chciałabym sprawdzić jak to jest się do tego wszystkiego pod pasować. Kiedyś na pewno spróbuję, ale na razie nie jest na to odpowiedni moment. Nie dla mnie. Ja potrzebuję trochę czasu, żeby się do klimatyzować do otoczenia. Powolnym krokiem szłam w stronę domu a niebo zaczynało się rozjaśniać i wychodzić słońce, mimo że deszcz nadal padał. Na niebie pojawiła się podwójna tęcza i każde dziecko, które widziałam czy w przejeżdżającym aucie, czy w oknie cieszyło się na jej widok. Chciałabym mieć młodszego brata. Albo przynajmniej kogoś kto byłby dla mnie tak bliski no i młodszy. Gdy weszłam do domu i ściągnęłam z siebie buty i kurtkę, w kuchni zostałam zasypała milionami pytań.
-Kto to był? Jak długo go znasz? jak na ma imię?-Aha nie wiem o co chodzi.
-Woah! Zaczekaj...-Podniosłam do góry ręce zatrzymując ciocię przed zadawaniem kolejnych głupich pytań.-Najpierw mi powiedz o co Ci chodzi?-Podniosłam do góry brwi oczekując na odpowiedź ze strony ciotki.
-No ten chłopak...-Przewróciła oczami.
-Co? Skąd wiesz? Przecież ty... ale... co?-Ta kobieta mnie szpiegowała czy co? Mam się czuć obserwowana?
-Byłam w sklepie.-wzruszyła ramionami jak gdyby sie nic nie stało.
-W 10 minut? Zazwyczaj jesteś tam koło godziny.
-Potrzebowałam tylko kilka rzeczy. To jak się nazywa? Gdzie go poznałaś?-Ciotka jest strasznie dociekliwa. Bardziej niż zwykle. Zazwyczaj wolała mi dać spokój bo wie jaka jestem. Może jej samej się on spodobał i dlatego się tak wypytuje.
-Ugh... Nazywa się Justin i chodzimy razem do klasy...
-Czyli nie każdy jest idiotą jak mówisz hm? Podoba Ci się?
-Jest w porządku.-wzruszyłam ramionami siadając na krześle i opierając brodę o łokcie.
-W porządku? Naprawdę? Przyznaj niezłe z niego ciacho.
-Fuj ciocia... Jak Ci się tak podoba to się za niego bierz a mi daj spokój.
-Nie, nie ja jestem za stara.-Ciotka się zaśmiała.
-w sumie racja.
-Czy ty mówisz, że jestem stara?-Ciocia udała urażoną.
-Sama to przyznałaś. Nie ukrywam, że nie jesteś nie wiadomo jaka młoda, ale nie wyglądasz na dużo. Gdybym Cię nie znała dałabym Ci maksimum 25 lat.-Zaśmiałam się. Tak ciocia nie jest najmłodsza... ma 30 lat, ale wcale nie tyle nie wygląda.
-Dobra, dobra. Nie podlizuj się. A powiedz mi jeszcze... ile ten Justin ma lat?
-Nie wiem. Znam go dopiero dwa dni, nie znam jego historii. A zresztą co się tak interesujesz?
-Nic po prostu cieszę się, że znalazłaś sobie znajomych.
-Woah! Chyba się zagalopowałaś! Po primo liczba pojedyncza po sekundo on nie jest moim znajomym. To tylko chłopak z mojej przeklętej klasy.
-To dlaczego Cię pocałował w policzek?-Ona widziała dużo. Dużo za dużo.
-Nie wiem sama go zapytaj...-Powiedziałam a mój telefon zawibrował w kieszeni i wydał charakterystyczny dźwięk. Wyciągnęłam telefon i odebrałam wiadomość. "Przepraszam".
O co kurde chodzi? Po pierwsze nikt ze mną nie pisze, po drugie za co i kto by miał mnie przepraszać? Odpisałam do nieznajomego.
"Kto pisze? I za co przepraszasz?"
Nie musiałam długo czekać, aż dostanę odpowiedź.
"Za tego całusa. Zapomniałem się."
Aha. Wszystko wiem. Tylko skąd on ma mój numer? Zaraz po zapisaniu go w moich kontaktach w telefonie odpisałam.
"Skąd masz mój numer?"
-Z kim piszesz?-Wtrąciła się ciocia wyciągając różne produkty z lodówki i z szafek.
-Uhm... Pomyłka. A teraz um... gram. A ty co robisz?-Ona za dużo chce ze mnie wyciągnąć.
-Będę piec ciasto.
-Ok.-powiedziałam i poszłam do salonu spoglądając na znów wibrujący telefon.
"Kochanie, jestem z Bronxu. Dla mnie to nie problem ;)"
Aha. Znów. Położyłam się na kanapie i już nic mu nie odpisałam. Chwila! Czy on mnie nazwał kochaniem? Coś mi się zdaje, że znów się zapomina. Chwilę później mój telefon znów zawibrował, tyle że tym razem dzwonił. Rany! Oczy on mi nie da spokoju. Litości... Nie wiedziałam czy odebrać, ale w końcu odebrałam i przyłożyłam telefon do ucha.
-Halo?
-Cześć.
-Cześć? Dlaczego do mnie dzwonisz?
-Nudzi mi się.-Mogłam sobie wyobrazić, że właśnie wzruszył ramionami.
-Aha i dlatego postanowiłeś, że zadzwonisz właśnie do mnie?-Zmarszczyłam brwi.
-Chyba...-Chwila... czy on mnie irytuje? Tak, irytuje mnie.
-Nie nasłał mnie... raczej Ciebie nie nasłał na mnie, któryś z twoich głupich koleżków?
-Nie, a co?
-Nic. Wolę się upewnić. Wolę być przezorna i pewna.
-Jesteś zbyt porządna.
-A ty zbyt nie porządny. Nie umiem Cię ogarnąć ani w jednym calu.
-I o to chodzi. Nie chce żeby ktoś mógł czytać ze mnie jak z otwartej książki, jak z Ciebie kochanie.-znowu to robi, znowu to robi, znowu to robi, znowu. Zabije go ale może kiedy indziej.
-Po primo, nie mów do mnie kochanie a po
sekundo nie da się ze mnie wszystkiego wyczytać.
-Ale główne rzeczy owszem. Co potrzebuje, już wiem.-On mi działa na nerwy dlaczego tak bardzo próbuje mi wmówić coś co nie jest prawdą? Skoro tak uważa okej ale nie musi mi tego mówić. Chwila, ale po co mu te całe informacje, które "już wie"?-A i czemu mam do Ciebie tak nie mówić?
-Z kim tam rozmawiasz.-Oho ciekawska ciocia. Przyszła do pokoju i usiadła obok na fotelu. Szybko podniosłam do pozycji siedzącej.
-Z nikim. Nie ważne.-Wstałam pośpiesznie z kanapy i ruszyłam w stronę pokoju, ale zatrzymał mnie znów głos cioci. Powiedziałam cicho "zaczekaj" i odsunęłam słuchawkę telefonu od ucha.
-Z nim rozmawiasz?-Głupio się uśmiechnęła. Westchnęłam trąc czoło.
-Tak... idę do pokoju.
-Powiedz mu, że jest ładny!
-Przystojny ciocia, przystojny.
-Jednak Ci się podoba!
-Shh... Chodzi o to, że facet nie może być ładny... tylko przystojny. A z resztą nie będę z tobą już prowadzić konwersacji na ten temat i w tym momencie wycofuję się do pokoju, który mimo swojej wielkości co mi się podoba jest cały różowy, a dobrze wiesz, że nie znoszę różowego..-Ostatnie słowa powiedziałam podnosząc głos. Ciocia się zaśmiała i ja zresztą też, po czym uciekłam do pokoju. Położyłam się na łóżko i znów przyłożyłam słuchawkę. Jedyne co usłyszałam to jego śmiech.
-Co Cię tak bawi?-Mimo mojego pytania on dalej chichotał ale odpowiedział.
-Z Ciebie kochanie. Jesteś urocza kiedy się denerwujesz. Szkoda, że Cię wtedy nie widziałem.
-A ty irytujący nie tylko gdy się denerwujesz.
-Taki już jestem.
-Użalasz się czy chwalisz?
-Stwierdzam fakty.-Znów mogłam sobie wyobrazić jak wzrusza ramionami.
-Mam ochotę...-przerwał mi zanim skończyłam.
-Na mnie?-Otworzyłam szeroko oczy, ale szybko i pewnie odpowiedziałam.
-Owszem związane jest to z tobą, ale raczej nie należy to do miłych rzeczy, chyba że lubisz być bity.
-Ale przyznaj, że na mnie też.
-Nie igraj ze mną Justin...-pogroziłam na co on zadowolony z efektu swojej "pracy" się śmiał jak idiota.
-Dla Ciebie pan Bieber.
-Matoł.-Nie wiem jak jeden człowiek może mnie tak bardzo doprowadzać do szaleństwa. Nie tego pozytywnego tylko negatywnego. Mam go dość ale nie mam ochoty się rozłączać. Wiem nie konwencjonalne do tego wszystkiego, ale jednak.-Chyba znam twoje nowe hobby. Irytowanie mnie.
-Oh przyznaj, wkurwiam Cię.
-Tak wkurzasz mnie.
-Nie, nie. Nie tak. Wkurwiam.
-Nie przeklinam.
-No nie pierdol.-Co w tym takiego dziwnego? Owszem, może czasami mi się wymsknie, ale to rzadko, tak myślę.
-Bo Ci się rodzina powiększy, a ty zdecydowanie powinieneś ograniczyć.
-Nic nie powinienem. Mówię jak mi się podoba.
-Misie to ty masz w lesie.
-Co...
-Nie ważne. To ja, mnie nie ogarniesz.
-Yh... okej? Będziesz jutro w szkole?-Ugh... życie szkolne nigdy nie umiera.
-Tak, znaczy jeśli ciocia mnie podwiezie to tak, bo nie mam ochoty znów jechać taksówką. Nienawidzę ich.
-Jesteś dziwna, ale lubię tą dziwność.-Chwila czy on właśnie.. powiedział, że coś we mnie L U B I? Może.. Ale nie wiem co takiego cudnego w tej dziwaczności. Ale z resztą on sam jest dziwny, więc... wszystko wiemy.- A przyjechać mogę po Ciebie ja.
-No chyba Cię pogięło...
-Dlaczego?
-Specjalnie będziesz jechał po mnie z Bronxu na Queens, żeby znów jechać Na Bronx? Nie ma mowy...-Pokręciłam głową mimo, że tego nie widział.
-O której i gdzie?-Uuu... uparty. W sumie spoko.
-AHA.-Powiedziałam wyrzucająco.
-No. Podasz ten adres czy sam mam Cię znaleźć?
-W sumie jak nie masz co robić... szukaj kochanie.-ostatnie słowo powiedziałam z naciskiem na co się zaśmiał.
-Chamsko... Będę o 7.20. Żegnam.
-Również żegnam.-Odpowiedziałam na co oboje się zaśmialiśmy po czym zakończyliśmy rozmowę. Wow. Spodziewałam się, że będzie gorzej. Od początku obawiałam się tej rozmowy, ale było... fajnie? Tak chyba tak. Głupio wyszło z tą ciocią i jak zapytał czy to na niego mam ochotę. Wtedy zrobiłam się na sto procent czerwona jak pomidor. Nie lubię takich sytuacji, w których nie wiem co zrobić, ale dzisiaj wyjątkowo szybko wybrnęłam. Zdaje mi się, że od zdecydowanie dłuższego czasu nie rozmawiałam z kimś tak dużo. Nie narzekam czy coś, po prostu jestem bardziej cichą osobą. Z reguły wolę unikać rozmawiania z kimś. Ale myślę, że powinno mi to wyjść na dobre. I cioci się to spodoba.
-Ale główne rzeczy owszem. Co potrzebuje, już wiem.-On mi działa na nerwy dlaczego tak bardzo próbuje mi wmówić coś co nie jest prawdą? Skoro tak uważa okej ale nie musi mi tego mówić. Chwila, ale po co mu te całe informacje, które "już wie"?-A i czemu mam do Ciebie tak nie mówić?
-Z kim tam rozmawiasz.-Oho ciekawska ciocia. Przyszła do pokoju i usiadła obok na fotelu. Szybko podniosłam do pozycji siedzącej.
-Z nikim. Nie ważne.-Wstałam pośpiesznie z kanapy i ruszyłam w stronę pokoju, ale zatrzymał mnie znów głos cioci. Powiedziałam cicho "zaczekaj" i odsunęłam słuchawkę telefonu od ucha.
-Z nim rozmawiasz?-Głupio się uśmiechnęła. Westchnęłam trąc czoło.
-Tak... idę do pokoju.
-Powiedz mu, że jest ładny!
-Przystojny ciocia, przystojny.
-Jednak Ci się podoba!
-Shh... Chodzi o to, że facet nie może być ładny... tylko przystojny. A z resztą nie będę z tobą już prowadzić konwersacji na ten temat i w tym momencie wycofuję się do pokoju, który mimo swojej wielkości co mi się podoba jest cały różowy, a dobrze wiesz, że nie znoszę różowego..-Ostatnie słowa powiedziałam podnosząc głos. Ciocia się zaśmiała i ja zresztą też, po czym uciekłam do pokoju. Położyłam się na łóżko i znów przyłożyłam słuchawkę. Jedyne co usłyszałam to jego śmiech.
-Co Cię tak bawi?-Mimo mojego pytania on dalej chichotał ale odpowiedział.
-Z Ciebie kochanie. Jesteś urocza kiedy się denerwujesz. Szkoda, że Cię wtedy nie widziałem.
-A ty irytujący nie tylko gdy się denerwujesz.
-Taki już jestem.
-Użalasz się czy chwalisz?
-Stwierdzam fakty.-Znów mogłam sobie wyobrazić jak wzrusza ramionami.
-Mam ochotę...-przerwał mi zanim skończyłam.
-Na mnie?-Otworzyłam szeroko oczy, ale szybko i pewnie odpowiedziałam.
-Owszem związane jest to z tobą, ale raczej nie należy to do miłych rzeczy, chyba że lubisz być bity.
-Ale przyznaj, że na mnie też.
-Nie igraj ze mną Justin...-pogroziłam na co on zadowolony z efektu swojej "pracy" się śmiał jak idiota.
-Dla Ciebie pan Bieber.
-Matoł.-Nie wiem jak jeden człowiek może mnie tak bardzo doprowadzać do szaleństwa. Nie tego pozytywnego tylko negatywnego. Mam go dość ale nie mam ochoty się rozłączać. Wiem nie konwencjonalne do tego wszystkiego, ale jednak.-Chyba znam twoje nowe hobby. Irytowanie mnie.
-Oh przyznaj, wkurwiam Cię.
-Tak wkurzasz mnie.
-Nie, nie. Nie tak. Wkurwiam.
-Nie przeklinam.
-No nie pierdol.-Co w tym takiego dziwnego? Owszem, może czasami mi się wymsknie, ale to rzadko, tak myślę.
-Bo Ci się rodzina powiększy, a ty zdecydowanie powinieneś ograniczyć.
-Nic nie powinienem. Mówię jak mi się podoba.
-Misie to ty masz w lesie.
-Co...
-Nie ważne. To ja, mnie nie ogarniesz.
-Yh... okej? Będziesz jutro w szkole?-Ugh... życie szkolne nigdy nie umiera.
-Tak, znaczy jeśli ciocia mnie podwiezie to tak, bo nie mam ochoty znów jechać taksówką. Nienawidzę ich.
-Jesteś dziwna, ale lubię tą dziwność.-Chwila czy on właśnie.. powiedział, że coś we mnie L U B I? Może.. Ale nie wiem co takiego cudnego w tej dziwaczności. Ale z resztą on sam jest dziwny, więc... wszystko wiemy.- A przyjechać mogę po Ciebie ja.
-No chyba Cię pogięło...
-Dlaczego?
-Specjalnie będziesz jechał po mnie z Bronxu na Queens, żeby znów jechać Na Bronx? Nie ma mowy...-Pokręciłam głową mimo, że tego nie widział.
-O której i gdzie?-Uuu... uparty. W sumie spoko.
-AHA.-Powiedziałam wyrzucająco.
-No. Podasz ten adres czy sam mam Cię znaleźć?
-W sumie jak nie masz co robić... szukaj kochanie.-ostatnie słowo powiedziałam z naciskiem na co się zaśmiał.
-Chamsko... Będę o 7.20. Żegnam.
-Również żegnam.-Odpowiedziałam na co oboje się zaśmialiśmy po czym zakończyliśmy rozmowę. Wow. Spodziewałam się, że będzie gorzej. Od początku obawiałam się tej rozmowy, ale było... fajnie? Tak chyba tak. Głupio wyszło z tą ciocią i jak zapytał czy to na niego mam ochotę. Wtedy zrobiłam się na sto procent czerwona jak pomidor. Nie lubię takich sytuacji, w których nie wiem co zrobić, ale dzisiaj wyjątkowo szybko wybrnęłam. Zdaje mi się, że od zdecydowanie dłuższego czasu nie rozmawiałam z kimś tak dużo. Nie narzekam czy coś, po prostu jestem bardziej cichą osobą. Z reguły wolę unikać rozmawiania z kimś. Ale myślę, że powinno mi to wyjść na dobre. I cioci się to spodoba.
~*~
-Ugh... zamknij się błagam. - Mówiłam do siebie w myślach. Czy ten cholerny budzik musi dzwonić w najlepszym momencie? Spało mi się tak bardzo wygodnie. Dla mnie spanie jest czymś najlepszym na świecie. To jest jakbyś umierał na kilka godzin, a później normalnie wstał. Podniosłam się z łóżka i poczułam mocne pulsowanie głowy. Świetnie. Po prostu idealnie. Tyle sarkazmu w kilku słowach. Aż się przelewa.
Dzisiaj postawiłam na jasne jeansy, bordową bokserkę i czarne sandałki na koturnach. Aha i tak byłam niska. Yay... w tych 10-cio centymetrowych koturnach mam 1.76 czaicie? Nie narzekam jakoś szczególnie, ale... trochę mało. Ale to rodzinne. Moja świętej pamięci mama to miała 1.56, kiedy tata w tym samym czasie miał 1.76. Wyglądało to nawet uroczo, ale troszkę dziwnie. Przeglądałam się chwilę w lusterku, spojrzałam na zegarek i zrezygnowałam z tych butów. Postawiłam na zwykłe białe conversy. Miałam jeszcze pół godziny, więc spokojnie uczesałam włosy i pomalowałam oczy. Zeszłam na dół do kuchni, która była pusta i pachniała naleśnikami. Na stole obok talerza pełnego naleśników leżała kartka zgięta w pół. Gdy ją wzięłam do ręki wyleciało z niej 50 dolców. Pojawia się pytanie. Skąd ona bierze tyle kasy? I po co mi jej aż tyle daje? Nie jestem jakaś wymagająca. Mimo to schowałam pieniądze do kieszeni i wzięłam się za jedzenie naleśników. Zjadłam aż 2 z może 10. Resztę naleśników przykryłam drugim talerzem. O równej 7.20 jak podejrzewam Justin zaczął trąbić jak najęty. Aż tak mu się śpieszy do tej cholernej szkoły? Leniwie wstałam z krzesła i wyciągnęłam z apteczki w szufladzie tabletki na ból głowy. Nie specjalnie się śpiesząc połknęłam tabletkę popijając wodą i schowałam butelkę soku pomarańczowego do torebki, którą podniosłam z podłogi. Wyszłam z domu i zauważyłam czarnego Jeepa, w którym siedział opierający się łokciem Justin cały czas trąbiąc. Nawet nie zauważył, że wyszłam. Zamknęłam drzwi i otworzyłam drzwi auta.
-Skończ trąbić matole!
-10 minut spóźnienia.
-Straszne.-Zapięłam pasy i ułożyłam się wygodniej w fotelu. Miłe przywitanie z rana.
-Jak Ci się spało?-zapytał ruszając z pod domu.
-Dobrze dopóki nie musiałam wstać. Głowa mi zaraz wybuchnie.-Jęknęłam i odwróciłam głowę w jego stronę.
-Trzeba było o mnie tyle nie myśleć.-zaśmiał się nie odrywając wzroku od drogi.
-Jeszcze masz czelność.-powiedziałam poważnie po czym się zaśmiałam.-A tobie jak się spało?
-Spoko.-wzruszył ramionami.-Po za tym, że śniło mi się, że zjadł mnie kot to spoko.-Zaśmiałam się po czym on też.
-Co?
-Nie lubię kotów.-nadal nie przestawałam się śmiać.
-No co ty. Koty są fajne. Ale psy lepsze. Chciałabym mieć psa. Albo nie. Nie wiem.-Teraz to on się ze mnie śmiał. Zamknęłam oczy i słuchałam cicho grającego radia. Odwróciłam głowę w stronę okna i patrzyłam na obraz za nim.
-Ugh... zamknij się błagam. - Mówiłam do siebie w myślach. Czy ten cholerny budzik musi dzwonić w najlepszym momencie? Spało mi się tak bardzo wygodnie. Dla mnie spanie jest czymś najlepszym na świecie. To jest jakbyś umierał na kilka godzin, a później normalnie wstał. Podniosłam się z łóżka i poczułam mocne pulsowanie głowy. Świetnie. Po prostu idealnie. Tyle sarkazmu w kilku słowach. Aż się przelewa.
Dzisiaj postawiłam na jasne jeansy, bordową bokserkę i czarne sandałki na koturnach. Aha i tak byłam niska. Yay... w tych 10-cio centymetrowych koturnach mam 1.76 czaicie? Nie narzekam jakoś szczególnie, ale... trochę mało. Ale to rodzinne. Moja świętej pamięci mama to miała 1.56, kiedy tata w tym samym czasie miał 1.76. Wyglądało to nawet uroczo, ale troszkę dziwnie. Przeglądałam się chwilę w lusterku, spojrzałam na zegarek i zrezygnowałam z tych butów. Postawiłam na zwykłe białe conversy. Miałam jeszcze pół godziny, więc spokojnie uczesałam włosy i pomalowałam oczy. Zeszłam na dół do kuchni, która była pusta i pachniała naleśnikami. Na stole obok talerza pełnego naleśników leżała kartka zgięta w pół. Gdy ją wzięłam do ręki wyleciało z niej 50 dolców. Pojawia się pytanie. Skąd ona bierze tyle kasy? I po co mi jej aż tyle daje? Nie jestem jakaś wymagająca. Mimo to schowałam pieniądze do kieszeni i wzięłam się za jedzenie naleśników. Zjadłam aż 2 z może 10. Resztę naleśników przykryłam drugim talerzem. O równej 7.20 jak podejrzewam Justin zaczął trąbić jak najęty. Aż tak mu się śpieszy do tej cholernej szkoły? Leniwie wstałam z krzesła i wyciągnęłam z apteczki w szufladzie tabletki na ból głowy. Nie specjalnie się śpiesząc połknęłam tabletkę popijając wodą i schowałam butelkę soku pomarańczowego do torebki, którą podniosłam z podłogi. Wyszłam z domu i zauważyłam czarnego Jeepa, w którym siedział opierający się łokciem Justin cały czas trąbiąc. Nawet nie zauważył, że wyszłam. Zamknęłam drzwi i otworzyłam drzwi auta.
-Skończ trąbić matole!
-10 minut spóźnienia.
-Straszne.-Zapięłam pasy i ułożyłam się wygodniej w fotelu. Miłe przywitanie z rana.
-Jak Ci się spało?-zapytał ruszając z pod domu.
-Dobrze dopóki nie musiałam wstać. Głowa mi zaraz wybuchnie.-Jęknęłam i odwróciłam głowę w jego stronę.
-Trzeba było o mnie tyle nie myśleć.-zaśmiał się nie odrywając wzroku od drogi.
-Jeszcze masz czelność.-powiedziałam poważnie po czym się zaśmiałam.-A tobie jak się spało?
-Spoko.-wzruszył ramionami.-Po za tym, że śniło mi się, że zjadł mnie kot to spoko.-Zaśmiałam się po czym on też.
-Co?
-Nie lubię kotów.-nadal nie przestawałam się śmiać.
-No co ty. Koty są fajne. Ale psy lepsze. Chciałabym mieć psa. Albo nie. Nie wiem.-Teraz to on się ze mnie śmiał. Zamknęłam oczy i słuchałam cicho grającego radia. Odwróciłam głowę w stronę okna i patrzyłam na obraz za nim.
~*~
-Kurwa!-Usłyszałam krzyk, gdy szarpnęło autem.-Co za idiota! Ja bym Ci prawa jazdy nie dał chuju!-Justin krzyczał jak opętany na kierowce w czarnym BMW.
-O co chodzi?-Zapytałam zdezorientowana, patrząc na chłopaka a on spojrzał na mnie i się uśmiechnął.
-Spałaś?-zaśmiał się. Spałam? Najwyraźniej.
-Pff.. Tss... Co... Nie.-zaśmiałam się głupio, co wprawiło chłopaka w jeszcze większy śmiech.-Haha. Śmieszne. Rzeczywiście.
-No trochę tak.
-Zamknij się matole.
-Skończysz z tym matołem czy nie?
-Raczej nie. Chyba, że wolisz hm... frajerze, dupku, idioto, palancie, gnoju...
-Nie, dzięki. Wolałbym po prostu Justin.
-Czyli na razie zostajemy przy matole.-zaśmialiśmy się a on pokręcił głową. Dalej jechaliśmy w ciszy i tym razem nie zasnęłam. Pięć minut później byliśmy pod szkołą i Justin zaparkował na parkingu a ja nawet nie ruszyłam się o cal. Chłopak wysiadł z auta i otworzył drzwi od mojej strony, ale ja dalej siedziałam. Przymknęłam na chwilę oczy i westchnęłam.
-Nie śpij! Już dojechaliśmy. Nie zasypiaj.-chłopak się śmiał, ale mi wcale nie było do śmiechu.
-Justin, nie chce tam iść. Nikt mnie tam nie chce.
-Przestań... dasz radę. Chodź.-Powiedział i wyciągnął rękę w moją stronę. Niepewnie ją złapałam i wyszłam z auta. Chłopak zamknął auto i ruszyliśmy w stronę budynku. Każdy się gapił. Wyrwałam moją rękę, którą on cały czas trzymał i spuściłam głowę.
-Co jest?
-Wszyscy się na nas patrzą jak na idiotów.
-Zazdroszczą.
-Nie ma czego zazdrościć.-Weszliśmy do szkoły Justin odszedł w całkiem inną stronę i wyglądał na wkurzonego. Nie wiem, może powiedziałam coś nie tak. Wzięłam głęboki wdech i weszłam do sali, w której było już kilka osób. Nie wiedziałam gdzie mogę usiąść więc stałam jak idiotka i patrzyłam się na klasę. Nagle jakaś dziewczyna, której nigdy nie widziałam na oczy złapała mnie za rękę i popchnęła na ścianę. Stała niebezpiecznie blisko mnie. Patrzyłam na nią dziwnie ale z przerażeniem w oczach. Nie wiem o co może jej chodzić.
-Odwal się od Justina.-wysyczała przez zęby. Aha. Czyli o to jej chodzi.-On jest mój rozumiesz? Mój!
-Ej uspokój się okej? On mnie tylko podwiózł okej?-Ona mi grozi? O nie. Zaraz się zsikam. Rozumiem jakbym jeszcze coś zrobiła, ale ona się mnie czepia bez konkretnego powodu.
-To czemu trzymałaś go za rękę szmato?!
-Po primo on trzymał mnie, po sekundo k o l e g a-powiedziałam wyjątkowo spokojnie. Gdzie mój strach? Skąd się wzięło u mnie tyle odwagi. To na prawdę niby nic, ale jak na mnie...-A i uważaj na słowa bo nic Ci nie zrobiłam.-Odepchnęłam ją od siebie i poszłam usiąść w ostatniej ławce pod ścianą. Ona się nie poddała. Podeszła i oparła się o stolik i kontynuowała.
-Nie chcesz się kurwa dowiedzieć jaka jestem jak się wkurwię, więc lepiej nie doprowadzaj mnie do stanu wkurwienia i odpierdol się od niego!-Ona jest głupia czy głupia?
-A ty nie wiesz jaka ja wtedy jestem, więc lepiej daj mi spokój i wypierdalaj mi stąd Pędzikiem, bo mam Cię kurwa dość!-Ups... przecież ja nie przeklinam. Www... już się uspokajam.-O Justin świetnie, że jesteś. Mógłbyś łaskawie wziąć ode mnie swoją dziunie bo mnie tak jakby wkurwia?-Justin popatrzył na mnie jakbym miała co najmniej trzy głowy .-Teraz!
-Kurwa!-Usłyszałam krzyk, gdy szarpnęło autem.-Co za idiota! Ja bym Ci prawa jazdy nie dał chuju!-Justin krzyczał jak opętany na kierowce w czarnym BMW.
-O co chodzi?-Zapytałam zdezorientowana, patrząc na chłopaka a on spojrzał na mnie i się uśmiechnął.
-Spałaś?-zaśmiał się. Spałam? Najwyraźniej.
-Pff.. Tss... Co... Nie.-zaśmiałam się głupio, co wprawiło chłopaka w jeszcze większy śmiech.-Haha. Śmieszne. Rzeczywiście.
-No trochę tak.
-Zamknij się matole.
-Skończysz z tym matołem czy nie?
-Raczej nie. Chyba, że wolisz hm... frajerze, dupku, idioto, palancie, gnoju...
-Nie, dzięki. Wolałbym po prostu Justin.
-Czyli na razie zostajemy przy matole.-zaśmialiśmy się a on pokręcił głową. Dalej jechaliśmy w ciszy i tym razem nie zasnęłam. Pięć minut później byliśmy pod szkołą i Justin zaparkował na parkingu a ja nawet nie ruszyłam się o cal. Chłopak wysiadł z auta i otworzył drzwi od mojej strony, ale ja dalej siedziałam. Przymknęłam na chwilę oczy i westchnęłam.
-Nie śpij! Już dojechaliśmy. Nie zasypiaj.-chłopak się śmiał, ale mi wcale nie było do śmiechu.
-Justin, nie chce tam iść. Nikt mnie tam nie chce.
-Przestań... dasz radę. Chodź.-Powiedział i wyciągnął rękę w moją stronę. Niepewnie ją złapałam i wyszłam z auta. Chłopak zamknął auto i ruszyliśmy w stronę budynku. Każdy się gapił. Wyrwałam moją rękę, którą on cały czas trzymał i spuściłam głowę.
-Co jest?
-Wszyscy się na nas patrzą jak na idiotów.
-Zazdroszczą.
-Nie ma czego zazdrościć.-Weszliśmy do szkoły Justin odszedł w całkiem inną stronę i wyglądał na wkurzonego. Nie wiem, może powiedziałam coś nie tak. Wzięłam głęboki wdech i weszłam do sali, w której było już kilka osób. Nie wiedziałam gdzie mogę usiąść więc stałam jak idiotka i patrzyłam się na klasę. Nagle jakaś dziewczyna, której nigdy nie widziałam na oczy złapała mnie za rękę i popchnęła na ścianę. Stała niebezpiecznie blisko mnie. Patrzyłam na nią dziwnie ale z przerażeniem w oczach. Nie wiem o co może jej chodzić.
-Odwal się od Justina.-wysyczała przez zęby. Aha. Czyli o to jej chodzi.-On jest mój rozumiesz? Mój!
-Ej uspokój się okej? On mnie tylko podwiózł okej?-Ona mi grozi? O nie. Zaraz się zsikam. Rozumiem jakbym jeszcze coś zrobiła, ale ona się mnie czepia bez konkretnego powodu.
-To czemu trzymałaś go za rękę szmato?!
-Po primo on trzymał mnie, po sekundo k o l e g a-powiedziałam wyjątkowo spokojnie. Gdzie mój strach? Skąd się wzięło u mnie tyle odwagi. To na prawdę niby nic, ale jak na mnie...-A i uważaj na słowa bo nic Ci nie zrobiłam.-Odepchnęłam ją od siebie i poszłam usiąść w ostatniej ławce pod ścianą. Ona się nie poddała. Podeszła i oparła się o stolik i kontynuowała.
-Nie chcesz się kurwa dowiedzieć jaka jestem jak się wkurwię, więc lepiej nie doprowadzaj mnie do stanu wkurwienia i odpierdol się od niego!-Ona jest głupia czy głupia?
-A ty nie wiesz jaka ja wtedy jestem, więc lepiej daj mi spokój i wypierdalaj mi stąd Pędzikiem, bo mam Cię kurwa dość!-Ups... przecież ja nie przeklinam. Www... już się uspokajam.-O Justin świetnie, że jesteś. Mógłbyś łaskawie wziąć ode mnie swoją dziunie bo mnie tak jakby wkurwia?-Justin popatrzył na mnie jakbym miała co najmniej trzy głowy .-Teraz!
-Vanessa, czy możesz mi wyjaśnić dlaczego, doprowadziłaś ją do tego? I jak?-Popatrzył na dziewczynę nadal zdziwiony.
-Oh, przestań i po prostu ją stąd usuń!-Jak powiedziałam, tak Justin zrobił. Coś tam jeszcze do mnie ta cała Vanessa pieprzyła, że to nie koniec czy coś, ale skupiłam się na tym, że ciocia napisała mi, że dzisiaj wróci później do domu. A to dopiero nowość! (Sarkazm). Chciałabym spokoju troszkę, ale nie! Po co?
-Biała, jeśli jeszcze nie wiesz to miejsce jest moje więc spierdalaj okej?-Oh Josh. Co za miłe spotkanie. (Sarkazm).
-Jeśli jeszcze nie wiesz, mam to w dupie.-Kurwa nie! Znaczy... kurcze. Cholera muszę przestać. Co ta szkoła zemną zrobiła? W Niedzielę idę się wyspowiadać nie ma bata. Nie powinnam tego mówić prawda?
Josh oparł się o ławkę tak samo jak ta cała Vanessa.
-Kochanie. Powiedziałem raz, że masz spierdalać, więc nie mam zamiaru Ci tego powtarzać. A teraz spierdalaj, póki jestem spokojny.
-Właśnie to powtórzyłeś idioto.-Będę się smażyć w piekle.
-Spierdalaj kurwo z tego miejsca.
-Oh. I znów. Cóż za okrutny los.-wzruszyłam ramionami. Szczerze? Chyba zacznie mi się to podobać. Chłopak podszedł do mnie od tyłu i złapał za moje długie włosy.
-Josh, ty mała kurwo!-krzyknął Justin, zanim ten zdążył mi cokolwiek zrobić. Puścił moje włosy a ja wykorzystałam okazję i wstałam, i kopnęłam chłopaka w krocze. Nie dam sobą pomiatać oj nie!
-Dupek.-Splunęłam w jego stronę i wróciłam na swoje miejsce, poprawiając swoje ubranie i włosy, udając, że nic się nie stało. Justin podszedł do kolegi i pomógł mu wstać tylko po to by móc na niego nakrzyczeć.
-... A spróbuj jej coś jeszcze raz zrobić, to Ci obiecuję, że Cię własnoręcznie kurwa zabiję.-Czułam się zwycięsko. Jak nigdy. Bardzo miłe uczucie. Nikt, ale to nikt nie będzie mnie już nigdy więcej w jakikolwiek sposób dręczyć. Nigdy. Chwilę później Justin dosiadł się do mnie.
-Ponoć nie przeklinasz, hm?
-Oj tam, bo mnie wkurzyli.
-Wkurwili.
-Cokolwiek. Nikt mnie nie będzie bił, tym bardziej jakiś palant o chorych ambicjach, bycia królem w tej zasranej szkole. Ja się nigdy nie wypowiadam na czyjś temat i ogólnie mało gadam, ale on jest poważnie jakiś... jakiś...
-Pierdolnięty? Tak wiem. To damski bokser. Nie szanuje nikogo, a w szczególności kobiet. Nie mówię, że ja jestem aniołkiem.-Chłopak głupio się uśmiechnął na co przewróciłam oczami a on się na to zaśmiał.-Ale to co on robi jest totalnym przegięciem. Koleś obrabia każdemu dupę, a potem udaje kolegę. Jest pierdolnięty umysłowo i nie warto zwracać na niego uwagi. A na Ciebie owszem.-Zmarszczyłam brwi na to c powiedział? Co miał na myśli mówiąc to? Nie jestem jakąś nie wiadomo jaką pięknością czy coś, ani... nie wiem, no nie wiem.-Znaczy mam na myśli, że jesteś inna.
-A dlaczego mam być taka sama jak reszta? Tym bardziej, że nie jestem stworzona z przypału i w dodatku nie z miłości? Jak mogę być jak inni? Albo raczej czemu? Myślę, że chyba lepiej być takim jakim się jest, czyż nie?-Oh.. tak. Jestem z przypału. Rodzice się pokochali dopiero po czasie. Gdy sie dowiedzieli o tym, że mama jest w ciąży w, hmm... drugim miesiącu? Później się stali tacy inni. Pobrali się w 4 miesiącu ciąży. Wszystko było na szybko. Zanim się urodziłam. Później stali się tacy porządni no i religijni. Jak nigdy.
-Nie chodzi o to. Jesteś... tajemnicza. To jest najlepsze. Cały czas, odkrywa się coś nowszego i nowszego.
-Dzięki... chyba.-zaśmiałam się. Chciałam coś jeszcze dodać, ale do klasy wszedł nauczyciel. Chcąc nie chcąc zapadła "cisza" w klasie. Ta. Każdy cały czas gadał, ale jakby o ton ciszej. A ja jakby nie chciałam robić sobie przypału w trzeci dzień w szkole.
Halo już go zrobiłaś?
Wcale nie.
Skopałaś kolesiowi klejnoty!
Zamknij się.
Przypał pozostanie przypałem.
Wylyź!
-Justin?
-Hm?-Odwrócił się w moją stronę. Przełknęłam ślinę.
-Dlaczego jesteś dla mnie miły?
###########################
Jest dwa! Rozdział praktycznie cały pisany na telefonie, więc za błędy przepraszam. Dodaję też przez telefon. Poprawię... w najbliższym czasie. I w najbliższym czasie dodam również bohaterów. Yaaay! Cieszymy się? Nie? No to narciarz :)
Czekam nadal na propozycje postaci, bardzo, żem ciekawa czy ktokolwiek da xd
CZYTASZ-KOMENTUJESZ :*
Oł XD Love ma jaja xd a imię ma ładnie wiec nie wiem o co chodzi tym dupkom :<
OdpowiedzUsuń