czwartek, 2 października 2014

4 "Don't do this"

Wyszłyśmy na dwór a Vanessa zapaliła papierosa. Nie wiem co się jej stało bo mi też zaproponowała. Nie odmówiłam. Wzięłam papierosa do ust i odpaliłam zapalniczką, którą dziewczyna podstawiła mi pod nos. Zaciągnęłam się dymem i po chwili go wypuściłam.
-O czym chcesz pogadać?-zaczęłam
-Początkowo chciałam Cię ponownie ochrzanić.-A to mi nowość.-Pewnie nawet wiesz, że o Justina.-Yhym...-Ale widziałam was już na początku jak się wyrwałaś od niego i mogę z bólem serca stwierdzić, że źle Cię oceniłam. Znaczy nie powinnam na Ciebie naskakiwać. Po prostu, bałam się, że mi odbierzesz Justina.-Aha i dlatego postanowiła na mnie nawrzeszczeć i mnie ciągnąć za włosy. Nie wiem czy się nie mylę ale chyba ma nierówno pod sufitem.
-Rozumiem, zazdrość rządzi się swoimi zasadami.-powiedziałam ze sztucznym uśmiechem zaciągając się papierosem.
-Nie byłam zazdrosna.-szybko dodała również zaciągając się dymem.
-Cokolwiek.
-To, że Cię przeprosiłam...
-E e e. Poprawka, nie przeprosiłaś tylko powiedziałaś, że się myliłaś.-szybko jej przerwałam i znów zaciągnęłam się dymem.
-Nie ważne...-przewróciła oczami.- Cokolwiek... to nie znaczy, że Cię lubię.-dziewczyna dziwnie gestykulowała rękoma.
-I Vice versa.-powiedziałam po czym rzuciłam niedopałek na ziemię i wróciłam do środka. Od jutra wracam do starego życia. Chyba. Weszłam do pomieszczenia, w którym wcześniej się znajdowałam i uderzył mnie mocny zapach alkoholu, dymu i potu razem ze sobą zmieszanym co dało okropny smród. W dodatku w środku jest strasznie duszno, więc brakuje tu tlenu. Najchętniej wróciła bym już do domu i poszła pod chłodny prysznic. Usiadłam na kanapie obok Amy a kilka minut później dosiadł się Justin obok mnie. Trochę za blisko więc przesunęłam się w stronę Amy. Chłopak to zauważył i udał obrażonego. Był już wyraźnie podchmielony i trąciło od niego lekko alkoholem. Ale mimo wszystko nadal zachowywał się normalnie i chyba świadomie.
   O dwunastej postanowiłam już wrócić do domu. Wstałam z kanapy, na której praktycznie cały czas siedziałam i pożegnałam się z Amy. Wyszłam z budynku i zaczęłam myśleć jak się dostać do domu. Tego nie przemyślałam. Stałam sama i... myślałam. Myślałam nad moją głupotą. Nagle ktoś złapał mnie w talii, przyciągnął do siebie i pocałował w szyję. Szybko się wyrwałam wystraszona.
-Podwiozę Cię.-powiedział.
-Justin jesteś pijany. Nie możesz jechać, a jeśli jesteś takim idiotą to jedź, ale zapomnij o tym, że z tobą wsiądę.-Powiedziałam pewnie.-Cześć.-Powiedziałam nie patrząc więcej na niego i odeszłam. Ruszyłam w stronę uliczki, którą tu przyjechaliśmy. Co jest najgorsze? Że jest ciemno jak w kanałach i nie dokładnie pamiętam drogę. Ale zrobiło się jeszcze gorzej. Zobaczyłam z oddali sylwetkę dobrze zbudowanego mężczyzny. Zaczęłam modlić się w myślach, żeby móc przejść obok niego bez słowa i dojść w spokoju chociażby do drogi. Przechodząc obok niego opuściłam lekko głowę i zacisnęłam piąstki. Na moje szczęście mężczyzna nie zwrócił na mnie większej uwagi i dał mi iść dalej w spokoju. Przez kolejne kilka minut szłam w spokoju, kiedy zaczęłam słyszeć za sobą kroki. Przyśpieszyłam trochę tempa. Ale kroki nadal były za mną. Dostałam napadu paranoi. Co jeśli to jakiś pedofil i chce mnie zaciągnąć do lasu, zgwałcić a później zabić? Albo co jeśli chce mnie torturować? A później chcieć za mnie okup? A jeśli go nie dostaną to będą mnie bić? Torturować? Nie to się nie ma miejsca stać. Jeszcze szybciej przyśpieszyłam nie odwracając się do tyłu. Kroki ustały a ja odetchnęłam z ulgą ale nie całkowitą. Nadal byłam w ciemnej uliczce a dookoła mnie był jedynie las. Z lewej las, z prawej las a przede mną ciemna nie oświetlona ścieżka. Odwróciłam się ponownie i zobaczyłam sylwetkę chłopaka, który był cały czas bliżej mnie. Obróciłam się aby ponownie zobaczyć czy ten ktoś za mną idzie. Szedł. A kto to szedł? Justin. Wkurwiłam się.
-Czemu za mną idziesz?-Zapytałam z wyrzutem stojąc i gapiąc się jak głupia na chłopaka, który jak gdyby nigdy nic.
-Chciałem się upewnić, ze bezpiecznie dojdziesz do domu.
-Ah i dlatego mnie śledzisz? Nie mogłeś mnie po prostu odprowadzić?-Zapytałam a chłopak nic tylko wzruszył ramionami. Przewróciłam oczami i wróciłam do dalszej wędrówki. Justin podszedł do mojego boku i szliśmy tak w ciszy. Bardzo niekomfortowej ciszy, ale Justin nie wyglądał na jakoś specjalnie spiętego. Traktował to tak jakbyśmy się znali od nie wiadomo jakiego czasu i po prostu mnie odprowadzał do domu. Za to ja... ja się czułam jakby miały mi pęknąć każde ścięgno i każdy mięsień. Po nie całych 3... może 4 minutach wyszliśm w końcu z tej ciemnej uliczki na główną drogę.
-Um... Justin?-Ten w odpowiedzi tylko na mnie spojrzał.-Wiesz może jaka to ulica?-chłopak dziwnie na mnie spojrzał.-Chce zamówić taksówkę i jakby...nie wiem gdzie.-on tylko wzruszył ramionami i szedł dalej jak gdyby nigdy nic.-Język połknąłeś czy jak?-wkurzało mnie to zachowanie jego. Mógł po prostu mi odpowiedzieć najnormalniej na świecie a nie tylko pokazywać jakieś dziwne miny i wzruszać ramionami. Stanęłam w miejscy i wyciągnęłam telefon z kieszonki. Justin zorientował się po chwili.
-Idziesz?-zapytał. Oh jednak nie połknął...
-Nie zadzwonię do cioci i ona po mnie przyjedzie, proste.
-A skąd ona ma wiedzieć, gdzie niby jesteś?-Podszedł do mnie, bliżej. Troszkę za blisko. Zrobiłam nieznaczny krok do tyłu.
-Ona mieszka tu od zawsze, na pewno będzie wiedziała gdzie jestem jeśli jej opiszę co widzę.-Wzruszyłam ramionami.
-Okej... -Zrobił kolejny krok w moją stronę, a ja znów do tyłu. Zaczęłam się czuć nie komfortowo.-A nie wolałabyś, żebym to ja Cię odprowadził albo...-kolejny jego krok w przód a mój w tył-...Od razu pójdziemy do mnie...-chciałam zrobić kolejny krok w tył ale on złapał mnie za talię i przyciągnął do siebie, próbowałam się wyrwać, ale nie miałam wystarczająco siły.
-Nie...Ju..-złączył nasze usta w pocałunku, którego się wcale nie spodziewałam, nie skąd... (sarkazm) Odsunęłam się najszybciej jak się dało.-Nie rób tego.
-Dlaczego? Nie mów, ze  Ci się nie podobam, bo wiem, że skłamiesz.
-Bo. Ty. Masz. Dziewczynę. Nie wiem czy jeszcze nie zauważyłeś ale ona mnie chyba nie lubi? Puść mnie.-Jak powiedziałam, tak zrobił co mnie dziwi, że tak szybko odpuścił. Poprawiłam się i szybko poszłam w tą stronę, którą mniej więcej kojarzyłam, że przyjechaliśmy, a po za tym Justin szedł na początku w tą stronę więc... Nawet  mnie nie próbował zatrzymywać co było plusem, po prostu wrócił stamtąd skąd przyszliśmy.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Trochę krótki i po MEGA przerwie ale jest i następny się raczej tez szybko nie pojawi więc... przepraszam

wtorek, 29 lipca 2014

3 "Me? I am an oasis of calm, babe"

-A dlaczego miałbym nie być?-Zapytał podnosząc brwi do góry.-Nie mam powodu, żeby traktować Cię jak jak oni Ciebie traktują. Nie zasługujesz na to kochanie.-chłopak uśmiechnął się i puścił do mnie oczko po czym się obrócił.  Moje oczy automatycznie otworzyły się dwa razy szerzej i przełknęłam ciężko ślinę. Co on robi? Po pierwsze on ma dziewczynę, więc nie rozumiem jego zalotów do mnie? a po drugie, dlaczego on uważa, że nie zasługuję na takie traktowanie? i po trzecie i najważniejsze czemu on kurde dalej mówi kochanie? Niby fajnie, ale jednak nie. Wkurzające w najmniejszym calu i miłe w każdym milimetrze. Ciężko zrozumieć.
Przez resztę lekcji nie odzywaliśmy się ani słowem do siebie. Może i jakoś tak inaczej jestem postrzegana przez to co się stało wcześniej, ale nadal wiem, że nie jestem mile widziana na korytarzach tej szkoły. Wyszłam nie pewnie z klasy i szłam korytarzem starając się ignorować spojrzenia i komentarze innych. Nagle na mojej drodze stanęła Vanessa. No cholera! Chociaż raz chcę przejść tędy spokojnie.
-Czego chcesz?-westchnęłam zadzierając lekko głowę w górę.
-Nie wiem czy się wyraziłam nie jasno, czy po prostu jesteś zbyt tępa...
-Przecież nic nie zrobiłam.-Powiedziałam zrezygnowana na głupotę dziewczyny.
-Mała... przede mną nic się nie ukryje okej?-Warknęła.
-Jesteśmy tego samego wzrostu tylko ty masz na sobie te hmm...-może troszkę się pobawię... bo czemu nie, trzeba zyskać trochę szacunku.- przyznam ładne buty z zeszłego sezonu, kupione na wyprzedaży zgaduję?-Ha! Jej mina w tym momencie była świetna! Warto.
-Nie próbuj mnie wkurzać bo...
-Bo co?-przymrużyłam oczy.
-Bo jak się wkurwię to nie będziesz miała życia.
-Aha! To jeszcze Cię nie wkurzyłam? To brzmi jak wyzwanie.-uśmiechnęłam się zadziornie. Na prawdę zaczęło sprawiać mi przyjemność, wkurzanie jej. Myślę, że to moje nowe hobby. Dziewczyna już była czerwona ze złości. Podeszła do mnie na dwa kroki.-Odsuń ode mnie tą twoją psią mordę.-skrzywiłam się i odsunęłam. Nasza mała publiczność wydała z siebie głośne krzyki. Jednoczesne "Uuuu" kilkunastu osób dotarło do moich uszu co nie powiem mnie zadowoliło. Dziewczyna złapała mocno za moje włosy i szarpnęła z całej siły. Nie mówię, że nie bolało, bo bolało jak diabli, ale spodziewałam się więcej z jej strony. Kiedy dziewczyna puściła moje włosy po drugim szarpnięciu, przez chwilę stałam nie ruchomo patrząc się na nią. Vanessa była usatysfakcjonowana, ale kiedy znów się uśmiechnęłam, wyglądała jakby zaczęła żałować. Prawdopodobnie wyglądałam w tej chwili jak psychopatka, ale bywa. Zamachnęłam się z całej, ale to na prawdę całej siły i dziewczyna dostała porządnego plaskacza w twarz. Ups...
-Suko.-wycedziłam przez zęby i ominęłam ją dodatkowo również pociągając za włosy z tym, że ona upadła na ziemię. Tak możemy to zwalić na jej niestabilne podłoże mega wysokich szpilek i za pewne to jest tego prawdziwą przyczyną. Sama też bym na jej miejscu nie ustała. Ruszyłam pewniejszym krokiem w stronę sali z francuskiego. Usiadłam w ostatniej ławce, nie przejmując się tym, że miejsce może być zajęte. Już po prostu mam dość tej szkoły i ciągłego traktowania w ten sposób a i szczególnie tego co ta szkoła za mną robi. To dopiero trzeci dzień. Przez 8 lat nie przeklinałam tyle co przez te trzy dni, a konkretniej dzisiejszy. Po chwili krzesło obok mnie się odsunęło i ktoś na nim usiadł.
-Odejdź.-wysyczałam nie patrząc na to kto to jest.
-Spokojnie.-To Justin.
-Coś ty się mnie tak uczepił?-warknęłam spoglądając na niego.-Nie widzisz, że przez Ciebie mam problem?-podniosłam brwi.
-Widzę, ale widzę też, że skutecznie sobie z nim radzisz.-zaśmiał się.
-Mogę sobie z nim radzić, albo go nie mieć. Wybieram drugą opcję. Proszę Cię, nie mam nastroju.-powiedziałam zdecydowanie spokojniej.
-Widziałem twoje przedstawienie.-zaśmiał się a ja po chwili również się zaśmiałam.
-Ta... głupia sytuacja.-powiedziałam z nutką rozbawienia.
-Nie wiedziałem, że taka jesteś, ani przynajmniej się nie spodziewałem.
-No tak... w 99% jestem aniołem, ale cholera ten 1%.-zaśmiałam się razem z chłopakiem.
-Chyba lubię ten procent.-Posłał mi swój nieziemski pełny uśmiech, który odwzajemniłam. Poczułam jak moje policzki mnie pieką jak cholera. Spuściłam głowę w dół i zakryłam twarz włosami.
   Cholera nie pojmuję, jak może być aż tak nudno w tym domu. Nie powiem, że jestem jakoś rozpieszczana nie wiadomo jak, ale mam wszystko czego chce, ale nadal to nie jest to. W tym wielkim domu, jest po prostu zbyt pusto. Potrzebuję, żeby w tym domu, pojawiło się życie. Mam świetny pomysł, niestety nie wiem co na to ciocia. Wraca o 19 to jest za pół godziny. Muszę z nią o tym pogadać, bo jeśli mam siedzieć w tym domu tyle czasu sama to ja chyba oszaleję. Nagle usłyszałam jak drzwi frontowe się otwierają, więc wyszłam z pokoju, żeby to sprawdzić. To ciocia, ale chwila co ona tu robi? No tak mieszka ale nie o to chodzi.
-Ciocia? Co ty tu robisz tak wcześnie? Myślałam, że będziesz za pół godziny.
-A spotkanie się skróciło.-powiedziała odwieszając na wieszak w przed pokoju swój brązowy płaszcz.
-Oh... w sumie to dobrze. Muszę z tobą pogadać.-Powiedziałam idąc z nią do salonu. Razem z ciotką usiadłyśmy. Ja na fotelu a ciocia na sofie.
-O czym tak pilnie chcesz gadać, hmm?
-Bo... wiesz Ciebie nie ma w domu praktycznie cały czas, a ja ten cały czas siedzę w domu sama jak palec i czuję, że za chwilę ogłupieję. Ta samotność mnie już przytłacza. Ja... ja... mam dość tej samotności. Dość, te kilka lat... czuję, że nie mam w ogóle życia, nie mam co z nim zrobić, a w tej całej szkole nie da się znaleźć znajomych.
-Przejdź do rzeczy za godzinę znów wychodzę.
-O widzisz! O tym mówię. I tak myślałam, że... że może, skoro ten dom jest taki wielki i są aż trzy wolne pokoje, to czemu ich nie zapełnimy? Mam na myśli, czy byś nie chciała... znaczy ja tylko proponuję... wynająć komuś jeden pokój?-Ciocia zmarszczyła brwi na moje słowa.- Wiesz, wiele młodych ludzi teraz poszukują, jakiegoś miejsca dla siebie. Wiele próbuję się usamodzielnić. Są studenci, którzy...
-Czy czasami nie przesadzasz?-Ciocia mi przerwała zdecydowanie będąca temu przeciwna.
-Nie ciocia. Nie przesadzam. Na prawdę nie chciałam byś być na moim miejscu choćby na tydzień.
-Równie dobrze mogę kupić Ci chomika.
-Nie ciocia! Nie rozumiesz! Ja potrzebuję mieć z kim porozmawiać, z kim wyjść na miasto, czy choćby na imprezę, których dobrze wiesz jak nienawidzę!
-To znajdź sobie koleżankę.
-Dobrze, tylko powiedz mi gdzie? W szkole na pewno nie, a po za nią tym bardziej. Dobrze mnie znasz i wiesz jaka jestem wstydliwa! Wiesz nawet, że wstydzę się kogoś nieznajomego zapytać o głupią godzinę! Nie wiesz jak mi jest ciężko siedzieć w tym domu samotnie. Nie wiesz, jak bardzo dużo dałabym, za jedną żywą duszę w tym domu razem ze mną. A po za tym co to za dla Ciebie różnica skoro jesteś po za domem 20 godzin na 24?-Ostatnie dwa zdania powiedziałam już zdecydowanie spokojniej, a ciocia patrzyła się na mnie z niedowierzaniem.-Proszę, to jak na razie jedyny pomysł jaki może mnie powstrzymać przed zamykaniem się w sobie.
-Kiedy ty tak nabrałaś gadki co?-ciocia się zaśmiała i ja również.
-To jak? Pomyślisz?-zapytałam z nadzieją w głosie. Na prawdę, myślę, że to bardzo dobry pomysł.
-Pomyślę, a teraz idę wziąć prysznic.-Ciotka wstała z sofy i wyszła z salonu a ja szeroko się uśmiechnęłam. Może i jeszcze nic nie jest postanowione, ale zawsze jest nadzieja, a nadzieja umiera jako ostatnia, niestety jest też matką głupich. Wstałam z fotela i ruszyłam do swojego pokoju. Rzuciłam się na łóżko i chwyciłam do ręki telefon. Na ekranie pojawiła się informacja o trzech nieodebranych połączeń od Justina sprzed minuty, trzech minut i siedmiu minut. Woah! Co on do cholery ode mnie chce. Jeśli mu zależy zadzwoni jeszcze raz. Nie mam zamiaru do niego oddzwaniać i tym samym rzucać w ramiona. Serio nie wiem czego się mnie tak uczepił. Muszę sprawić, żeby zrozumiał to, że to nie ma sensu. Tacy jak on nie zadają się z takimi jak ja. Popularność rządzi się swoimi zasadami tak samo jak zazdrość, czego głównym dowodem na to jest osoba Vanessy. Na prawdę to rozumiem, ale kurcze bez przesady. Leżałam na łóżku patrząc w sufit. Niby zwykły sufit, a jednak nie. Inny bo jest czerwony i są na nim w przypadkowych miejscach namalowane kropki. Ten sufit w żadnym cholernym stopniu nie pasuje do reszty pokoju. Ściany w kolorze fuksji i białe meble. Trochę jak lalki barbie. Ale tak na prawdę ten sufit jest najlepszą częścią tego pokoju po za łóżkiem. Zawsze próbuję znajdować nowe i nowe wzorki łącząc w mojej wyobraźni kropki. To na prawdę mi pomaga w zasypianiu, choćbym miała spać na podłodze, jednak preferuję łóżko. Łóżko jest najważniejszym elementem w moim, życiu. Szczególnie to, które mi się podoba i to cholernie mimo, że jest w księżniczkowym stylu. Białe obramowanie, wysokie nogi tak, że gdy siadam na nim muszę się lekko wyciągnąć, miękki i gruby materac i mnóstwo poduszek. Zawsze muszę mieć pełno wszystkiego dookoła siebie. Mam dwa ulubione misie, które śpią ze mną od kiedy tylko je dostałam do chwili obecnej. Jeden dostałam od babci kiedy miałam 40 stopni gorączki a drugi na moje 14 urodziny. Ten od babci nie ma imienia ale ten drugi owszem. Nazwałam go Carter, bo strasznie podoba mi się to imię. Nie wiem dlaczego, po prostu. Inaczej mówiąc łóżko - moje całe, życie. Jeśli bym wylądowała na bezludnej wyspie i bym mogła wziąć jedną rzecz, byłoby to łóżko. Mogłabym umierać wygodnie i komfortowo. Mogłabym tak mówić o łóżku przez cały dzień ale, z tego wyrwał mnie cichy, zdecydowanie za cichy dźwięk telefonu. Wiedziałam, że zadzwoni. Matoł.
-Czego?-powiedziałam niechętnie do telefonu.
-Cześć Love, Ciebie też miło słyszeć jak Ci się wiedzie?-Powiedział sarkastycznie na co ja równie sarkastycznie się zaśmiałam.-Słyszę, że zły humor nadal Ci dopisuje co?
-W stosunku do Ciebie owszem.
-Auć...
-No co chcesz?
-Chciałem Cię zaprosić na imprezę.
-Nie dzięki wolę spać.-powiedziałam ostatecznie, nie chcąc ciągnąć tematu.
-Dlaczego nie?
-Bo nie.-westchnęłam i się rozłączyłam. Nie mam ochoty z nim dyskutować. Odłożyłam telefon i wróciłam do oglądania sufitu, niestety telefon ponownie zadzwonił.
-No co chcesz?-westchnęłam.
-Czemu się rozłączyłaś?
-Bo nie mam ochoty z tobą gadać.
-Co ja Ci takiego zrobiłem?
-Nic po prostu, nie mam pojęcia po co do mnie dzwonisz.
-No mówiłem Ci. Zapraszam Cię na imprezę.
-Ale ja już odpowiedziałam, że nie.
-Dlaczego? Poznasz moich kolegów.
-Po pierwsze nie bo nie lubię imprez, po drugie twoi koledzy mnie nie polubią, a po trzecie, czemu Ci tak na tym zależy?
-Czemu od razu zakładasz, że Cię nie polubią?-zapytał, pomijając resztę moich słów. Cholerny matoł.
-Bo mnie nikt nie lubi. Mnie się nie da lubić.-wzruszyłam ramionami mimo, że on tego nie widzi.
-A ja Cię polubiłem i co zrobimy z tym fantem kochanie?
-Nic, po prostu mogę z tego wywnioskować, że jesteś głupi. I skończ tak do mnie mówić.
-Dobra, dobra. Będę o 20.
-Chyba Cię posrało.
-Ubierz coś ładnego.-zaśmiał się.
-Chyba Cię posrało.-powtórzyłam.
-Do zobaczenia o 20.
-Chyba Cię posrało.-powtarzałam jakbym się zacięła na tym zdaniu, kiedy on tylko się śmiał i się rozłączył. Chyba go coś boli, że ja gdzieś idę ohoho nie ma szans. Schowałam telefon do spodenek i zeszłam do kuchni. Ponownie usłyszałam dźwięk telefonu, ale tym razem to była wiadomość.
Od Justin:
"Ty. Ja. Impreza. Dzisiaj. 20."
Tak matole zapomniałam przez te 60 sekund. Ugh...
Do Justin:
"Jesteś chory"
Szybko odpisałam i wzięłam się za smarowanie kanapek nutellą. Kiedy już to zrobiłam, nalałam mleka do szklanki i udałam się ze szklanką i talerzem pełnym kanapek do salonu. Chwilę później telefon znów wydał ten sam dźwięk co kilka minut temu. Spojrzałam na ekran.
Od Justin:
"Wiem, dziękuje kochanie ;)"
Nie wierzę w tego człowieka. Jak można być takim idiotą? Rzuciłam telefon na sofę i usiadłam na fotelu, i zabrałam się za jedzenie kanapek. O 19.20 zeszła ciocia i zaczęła ubierać buty.
-Wrócę późno, nie czekaj na mnie.-Powiedziała pośpiesznie przeglądając się w lustrze. Mruknęłam ciche "jasne" a ciocia wyszła z domu. Kontynuowałam jedzenie kanapek i oglądałam telewizor. Leciał jakiś durny serial, więc zaczęłam przeglądać każdy kanał po kolei. Hmm.. Netflix nie rozpieszcza. Tyle kanałów a i tak nic nie leci. No niby coś tam leci ale ja jestem mega ale to mega wybredna. Cóż przyznaję z ręką na sercu, że ciężko jest mi dogodzić i że jestem na prawdę dziwnym człowiekiem. Dużo rzeczy się boję, ale i tak najbardziej lubię oglądać horrory, dużo rzeczy nie lubię, a i tak to robię, nie lubię za dużo jeść ale i tak często jem na potęgę. Ciężko jest mnie zrozumieć.
    O równej 20 zadzwonił dzwonek do drzwi. Wywlekłam się spod koca i w myślach miałam nadzieję, że to nie Justin i że sobie odpuścił. Niestety jak mówiłam nadzieja matką głupich. Za progiem stał Justin. Wyglądał na prawdę... dobrze. Miał na sobie czarne spodnie zwężające się w kolanach, które praktycznie zwisały dosłownie jakby narobił w nie. Nie wiem jakim cudem jeszcze trzymały mu się na dupie ale okej. Do tego miał białą bluzkę i czarną skórzaną kurtkę z podwiniętymi rękawami.
-Jeszcze nie gotowa?-Zapytał "zdziwiony" Justin.
-Nigdzie nie idę już Ci mówiłam.- Na moich ramionach pojawiła się gęsia skórka.-Wejdź, zimno jest.-Powiedziałam odsuwając się z przejścia i po wejściu chłopaka zamykając drzwi.
-Czemu nie chcesz iść?
-Bo nie już Ci mówiłam.
-To kiepski argument.-zaśmiał się.
-A lepszym jest to, że nie lubię imprez i nie mam zamiaru się na niej pojawić?-Justin chwilę udawał, że myśli, ale chyba nie nadaje się na myśliciela, bo wtedy nie wygląda. Bardziej przypomina srającego krasnala. Najlepsze porównania tylko u Love! Polecam.
-Nie to nadal nie jest dobry argument, ale dobrym argumentem na to żebyś poszła, jest to, że przyda Ci się troszkę rozrywki.
-Oh.. nie wymądrzaj się tak. Mówię Ci, że nie idę to nie.-Na prawdę uparty z niego człowiek. Nie wiem co gorsze. To, że znów zrobił minę srającego krasnala, czy to że dalej brnie w swoje.
-A ja chcę iść tam z tobą kochanie i pójdę, nawet jeśli miałbym Cię sam ubierać, malować czy coś tam i sam Cię tam zanieść.
-Grr! Daj se siana!
-Zdecydowanie musisz się uspokoić.
-Ja? Ja jestem oazą spokoju, kochanie.-powiedziałam akcentując ostatnie słowo, by uświadomił sobie to, że mam dość, że do mnie tak mówi.
-Nie widać. No już! Dawaj i idź się przebierać.-A en dalej brnie w zaparte.
-Chyba Ci coś tam zatkało dostęp tlenu do mózgu.-prychnęłam i złożyłam ręce na piersiach kiedy Justin złapał mnie nagle w pasie i przerzucił sobie przez ramię. Otworzył drzwi i wyszedł przed dom.
-Nie! Puść mnie matole! Justin zostaw! Nie pójdę w tym, tym bardziej!
-Czyli pójdziesz?
-Ta... może, ale nigdy w tym co mam na sobie.
-Jak dla mnie wyglądasz w tym dobrze.-powiedział stawiając mnie na ziemię. Szepnęłam ciche "Matoł" i z powrotem wróciliśmy do domu.
-Dziesięć minut.-Powiedziałam obrażona i poszłam do pokoju. Jakim cudem on mnie zmusił... nie jakim cudem ja uległam? Weszłam do pokoju i trzasnęłam drzwiami. Cholerny idiota. Wyciągnęłam z szafy czarne obcisłe rurki z podwyższonym stanem i czarny bralet w kwiatki. Założyłam to i rozpuściłam włosy z kucyka. Zrobiłam szybko kreski eyelinerem, wzięłam telefon i klucze z torebki i zeszłam na dół. Weszłam do salonu i wyłączyłam telewizor. W holu ubrałam białe converse i czarną skórzaną kurtkę. Justin stał i cały czas się gapił.
-Co się gapisz jak szpak w pizdę?-Chłopak tylko się zaśmiał i wyszedł z domu a ja zaraz za nim i zamknęłam drzwi na klucz. Odwróciłam się zeszłam z ganku i doszłam do Justina czekającego dwa kroki dalej.
-Ym... Justin? Gdzie jest twoje auto?-zapytałam podnosząc brwi do góry.
-Dzisiaj pojedziemy czym innym.-uśmiechnął się głupio, złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę czarnego motoru. Otworzyłam szeroko oczy i popatrzyłam na chłopaka ze zdumieniem.-Podoba się?-powiedział zadowolony ze swojego motoru.
-Jasne, ale trzeba było mnie poinformować to wysikałabym się jeszcze ze dwa razy.-Nie wsiądę na to nie ma szans. Może i lubię prędkość, ale tylko że tak powiem w zamkniętej przestrzeni.-Nie wsiądę na to.-powiedziałam pewnie.
-Nie żartuj, że się boisz?-popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
-Nie żartuję.-to że powiedziałam to pewnie, nie oddaje tego jak bardzo jestem co do tego poważna.
-Nie wymyślaj znów.
-Nie. Ja się boje i nie wsiądę!
-Proszę Cię Love...-podszedł do mnie-Nie utrudniaj jeszcze bardziej. Będę ostrożny?-złapał mnie za ramiona.
-Nie możemy iść na nogach?Proszę?-Do czego to doszło, że muszę go prosić o cokolwiek.
-Do jutra byśmy tam na piechotę nie doszli. -No to jesteśmy w kropce.-No dawaj. Lo?
-To ja może jednak wrócę do domu.-Powiedziałam spuszczając głowę. Nagle Justin włożył mi kask na głowę. A sam już siedział na motorze z również założonym kaskiem.
-Wsiadaj.-poklepał miejsce za sobą. Podeszłam niepewnie do maszyny i wskoczyłam na siedzenie. Tak wskoczyłam. Dla mnie jest po prostu za wysoko.
-Co ja robię.-westchnęłam cicho przytulając Justina i zamykając powieki. Czekałam tylko, aż Justin ruszy i będziemy już na tej przeklętej imprezie.
-Um... Love? Nie umiem się ruszać.-Gdy to powiedział od razu od niego odskoczyłam.
-Oh.. sorki.-zaśmiałam się niezręcznie i znów się przytuliłam do jego pleców z tym, że o wiele lżej.
-Oj teraz nie przesadzaj. Nie jestem z porcelany. Złap się mocniej, ale bez przesady.-Jak powiedział tak zrobiłam. Justin ruszył z pod domu i jechaliśmy. Cały czas coraz bardziej przyśpieszał a ja coraz mocniej go ściskałam w talii. W jednym momencie Justin złapał jedną ręką moje dłonie splecione na jego brzuchu, dając mi tym wyraźnie do zrozumienia, że za mocno go trzymam. Ponownie poluźniłam ręce. 
.  Jechaliśmy tak dobre pół godziny przez miasto, kiedy Justin skręcił w jakąś ciemną ulicę. Moje serce zastało w ruchu. Nie mam pojęcia, czy mogę mu zaufać. A jak na razie jestem w fazie chce zwiać, ale nie mogę. Ścisnęłam mocniej uścisk zwracając uwagę, aby nie zrobić tego za mocno. Chociaż mogłabym go udusić i zabrać motor i uciec, ale przecież się boję, więc to nie wchodzi w grę. Pozostaje mi tylko mu zaufać. Już chwilę później byliśmy w jakimś lasku nieopodal, którego był duży budynek, z którego leciała głośna muzyka. 

Justin POV.
Love była przerażona, kiedy wjechaliśmy w tą uliczkę, ale się jej nie dziwię. Też bym sobie nie ufał nie znając mnie. Ale nie mam zamiaru jej nic zrobić. Po prostu kumpel organizuje imprezę w tym miejscu. Zatrzymałem moje Kawasaki obok budynku, z którego mogłem usłyszeć kawałek Tygi In This Thang. Love nawet nie zauważyła, że się zatrzymaliśmy i cały czas była mocno przytulona do moich pleców.
-Love, puść mnie.-Nagle dziewczyna oderwała się ode mnie jak poparzona i zeskoczyła z motoru. Szybko ściągnęła kask i mi go rzuciła. Odsunęła się na kilka kroków i stała jak wryta, twarzą nie wyrażając żadnych emocji. Również zszedłem i ściągnąłem kask. Kask Love wsadziłem do schowka a swój trzymałem w ręce. Podszedłem do Lo i wolną ręką objąłem ją ramieniem w talii i pociągnąłem ją lekko w stronę budynku.

Love POV.
Lol nie pasuję tu ani trochę i nie będę. Wszyscy się na mnie gapią jakbym miała trzy głowy. Justin cały czas trzymał mnie w talii, co sprawiało, że czułam się jeszcze dziwniej i dziwniej z każdym kolejnym krokiem. Odsunęłam od siebie rękę Justina i popatrzyłam na niego bez emocji. On również na mnie popatrzył pytającym wzrokiem. Pokręciłam głową i odeszłam do wysepki. Usiadłam obok jakiejś dziewczyny a obok mnie było wolne miejsce. Posłałam uśmiech blondynce, który odwzajemniła i obróciłam się do baru. W środku jest całkiem inaczej niż się można było spodziewać z zewnątrz, ale przyznam, że dobra miejscówka bo nie ma sąsiadów, którzy są zbyt natrętni.
-Um... cześć.-Powiedziała blondynka, a raczej krzyknęła przez tą głośną muzykę.
-Cześć.-uśmiechnęłam się, bo nie spodziewałam się, że się do mnie ktokolwiek odezwie.
-Jestem Amy.-Dziewczyna wyciągnęła rękę w moją stronę.
-A ja...-przerwałam na chwilę i uśmiech mi trochę zmalał. Nie lubię tego imienia.-Love. Miło mi Cię poznać.-Uścisnęłam rękę dziewczyny.
-Mi Ciebie również. Bardzo nie spotykane imię, ale ładne.-dziewczyna się uśmiechnęła. Spodziewałam się takich słów. Ludzie dziwnie reagują na to imię jakby było ściągnięte z kosmosu. Nie mówię, że jest normalne, które słyszy się na co dzień, ale bez przesady. 
-Twoje również ładne. Co tutaj robisz? Dziwi mnie, że są tu w miarę normalni ludzie.-Poważnie nie spodziewałam się tutaj na Bronx normalnych ludzi, serio miałam ochotę jak najszybciej stamtąd zwiać.
-Znajomy mnie zmusił.
-Oh... to tak jak mnie.-zaśmiałyśmy się obie. Amy okazała się świetną osobą, wymieniłyśmy się numerami i napiłyśmy się piwa. Później doszedł do nas wcześniej wspomniany kolega Amy. Jakiś czas później przesiedliśmy się na kanapę i owy kolega fundnął sobie "kreskę". Dostałam również propozycję skorzystania ale się powstrzymałam. Znów do tego nie wrócę, tak samo jak do innych rzeczy, które chciałabym od siebie odsunąć. Takie jak palenie. Na tej "imprezie", którą chętnie bym już zakończyła, wypaliłam 4 fajki w ciągu godziny. Niby nie dużo, ale jednak. Niby taki ze mnie aniołek i że nie przeklinam, jestem grzeczna ale zapalić zapalę. Świetnie się dogadałam z Amy i wymieniłyśmy się numerami, kiedy przyszedł do nas Justin, który przez półtora godziny miał mnie w dupie a niby tak bardzo chciał tu ZE MNĄ przyjść, a ma mnie głęboko w czterech literach.
-Justin?-Powiedziała Amy z zaskoczeniem.
-Amy.-Odpowiedział z równym zaskoczeniem.
-To... to wy się znacie?-wtrąciłam się nagle i wyrwałam ich z zapatrzenia się w siebie.
-Uh... Tak. Starzy znajomi.- Odpowiedział szybko chłopak jakby się denerwował.
-Fajnie. Przynajmniej nie muszę was przedstawiać.-Uśmiechnęłam się uspokajająco, co zadziałało bo wyglądali oboje jakby kamień im spadł z serca. Oboje przytaknęli i się uśmiechnęli. Nagle przy boku dalej stojącego Justina stanęła Vanessa. Skąd ona do jasnej ciasnej się tu wzięła.
-Vanessa co ty tu robisz?-zapytał tak samo zdziwiony chłopak.
-A co nie cieszysz się, że widzisz swoją dziewczynę?-udała urażoną. A Justin pocałował ją w policzek, na co przewróciłam oczami.
-Oczywiście, że się cieszę, ale się Ciebie tu nie spodziewałem.- chłopak objął dziewczynę ramieniem w talii.
-Dowiedziałam się, że przyszedłeś tutaj z nią a chciałam sobie z nią pogadać.
-Ona ma imię.-wtrąciłam się oburzona, na co ona parsknęła.
-Cokolwiek. Idziesz czy nie?-ponownie przewróciłam oczami i ruszyłam za dziewczyną, ale Justin złapał mnie za nadgarstek. Popatrzyłam na niego pytającym wzrokiem.
-Uważaj na nią.-powiedział i mnie puścił. Kiwnęłam głową i poszłam za dziewczyną.



**************************
SORKA ZA BŁĘDY I OPÓŹNIENIE :*

wtorek, 1 lipca 2014

2 "Asshole."

`@#%()-_:;NOTKA NA DOLE;:_-)(%#@`

Leżąc na podłodze, rozmyślałam nad całym zajściem, które miało miejsce wczoraj. Nie wiedziałam, czemu tak bardzo przeszkadza im moje imię. Moi rodzice po prostu byli bardzo religijni. Wiara, Nadzieja i Miłość. Wiecie o co chodzi? No tak... Moi rodzice nie chcieli mnie nazywać tak jak już wiele osób się nazywa. Chcieli być oryginalni, dlatego wybrali to imię. Mama zawsze mówiła, że jest piękne, bo uważa, że miłość jest pięknym i silnym uczuciem. Jak ja. Kiedy mama była w zaawansowanej ciąży ze mną, spadła ze schodów i było zagrożenie poronienia. Równie dobrze mogłoby mnie teraz nie być w tym miejscu, w którym aktualnie jestem. Byłoby to dla mnie plusem jak i minusem, bo na prawdę moje życie nie jest tak ciekawe, ale szkoda by mi było tych wszystkich chwil, które pojawiały się w tym życiu. Myślałam też o tym chłopaku, Nie wiem dlaczego on jest taki dla mnie miły i dlaczego mnie broni, ale bardzo fajnie z jego strony. On jako jedyny zdaje się nie chcieć mnie zabić, zgwałcić albo zjeść żywcem w tej szkole. Przynajmniej tak mi się wydaje, ale wydaje się też, że znajomość z nim nie wróży nic dobrego, dlatego mam zamiar trzymać się z daleka od każdego w tej szkole, dopóki nie wyjaśnię z ciocią całego tego zajścia i nie będę musiała już uczęszczać do tej beznadziejnej szkoły. Nie, nie, nie. Sama szkoła nie jest beznadziejna, tylko uczniowie. Szczerze, nie umiem się już doczekać aż to piekło się skończy.
~*~
-Przepraszam Lo. Chciałam Cię dać do normalnej szkoły, ale aktualnie ta była najbliżej, która miała wolne miejsca. Pozostałe szkoły w okolicy mają już maksimum uczniów. Na razie musisz przeżyć w tej szkole. Może jeśli wyjdzie z tym sklepem, to wtedy załatwię Ci nauczanie domowe, ale to musi trochę potrwać.-Tłumaczyła ciotka, kiedy szłyśmy parkiem.
-Ale ciociu! Ja nie mogę. Ja nie wytrzymam, nie dam rady. Do tej szkoły chodzą sami idioci!-Krzyczałam z frustracji. Nie. Nie mogłam tego powiedzieć spokojnie, bo okazało się, że będę musiała chodzić do tej patologicznej szkoły jeszcze spory czas.
-Lo, nie mów tak.-Powiedziała ciocia poważnie starając się mnie pouczyć.
-Ale kiedy to prawda!-Wszyscy mają ochotę mnie tam zabić albo udupić!
-Lo wyrażaj się! I nie mów tak. Będziesz chodzić do tej szkoły czy Ci się to podoba czy nie! Na pewno nie może być aż tak źle jak mówisz.
-Oj jest...
-Lo koniec dyskusji. Idziemy do domu.-Ohoho ciocia chyba się wkurzyła i to porządnie.
-Nie chce iść. Pochodzę jeszcze po parku.
-Zaraz będzie padać.-Powiedziała zerkając na granatowe niebo.
-Mam parasolkę.-Powiedziałam i nie czekając na odpowiedź ruszyłam przed siebie. Ciotka na szczęście się poddała i poszła. Musiałam się oswoić z myślą, że muszę tam wytrzymać. Wytrzymać bez żadnych znajomych, których i tak nigdy nie miałam wiele, czy bez kogokolwiek z kim mogłabym porozmawiać o jakichkolwiek głupich tematach. Nie żądam nie wiadomo jak wiele, tylko jednej koleżanki, z którą można gdzieś wyjść. Jak ciotka przewidywała już pięć minut później zaczął padać deszcz. Wyciągnęłam parasolkę i ją rozłożyłam. Mimo deszczu szłam dalej przez park. Dom jest nie daleko, więc jakby miała zacząć się burza, mogłabym w kilka minut się tam znaleźć, jednak jak na razie nie muszę się martwić.
   Deszcz z minuty na minutę padał coraz mocniej, mimo to ja szłam dalej przed siebie wsłuchując się w krople uderzające o mój bordowy jeśli was to interesuje parasol. Z oddali zauważyłam sylwetkę jakiegoś człowieka siedzącego i moknącego na jednej z ławek. Troszkę przyśpieszając ruszyłam w jego stronę. Był oparty łokciami o kolana, wyglądał na niewzruszonego tym, że jest cały przemoknięty. Chłopak wstał gdy zobaczył, że do niego podeszłam. To Justin. Dzisiaj w szkole poznałam jego imię. Widziałam też dzisiaj jak zastraszał jakiegoś kolesia w szkole. Nie wiem o co chodzi ale trochę się przeraziłam.
-Co ty tu robisz?-Zapytałam patrząc na jego przemoczone ubrania.-I czemu nie idziesz do domu? Przecież leje.
-Chyba widzę, nie?
-No nie byłabym tego taka pewna...
-No, tak. Przecież uważasz, że jestem idiotą.-Zmarszczyłam brwi i przysunęłam parasol w stronę blondyna.
-Co?
-Słyszałem jak mówiłaś albo nawet krzyczałaś to jakiejś kobiecie. Myślę, że cały park to usłyszał.-Przewrócił oczami a ja spojrzałam na ziemię.
-Um... nie miałam tego na myśli.
-To ciekawe co...
-Sama nie wiem. Tak btw. Coś się stało?-zapytałam hm.. zmartwiona? Nie wiem chciałam się wyplątać z tej głupiej sytuacji, ale ja na prawdę nie miałam tego na myśli bo... nie każdego znałam a Ci których poznałam to rzeczywiście idioci. No okej może poza Justinem, on zdaje się być spoko... w stosunku do mnie, ale to chyba tylko i wyłącznie dlatego, że gdy grał na gitarze dałam mu pieniądze do futerału. Normalnie, gdybym tego nie zrobiła on też by mnie gnoił.
-Nic istotnego...
-Ta jasne... wyglądałeś na przybitego i to konkretnie.-Pojawia się pytanie... Skąd we mnie tyle odwagi, że z kimkolwiek rozmawiam? I drugie - Dlaczego jeszcze nie uciekłam? On nie wygląda na zbyt chętnego do zwierzania mi się ani nawet do rozmowy.
-Jest okej. Sorry ale muszę już iść.
-Okej. To cześć.-Posłałam mu delikatny uśmiech a on co? Pocałował mnie w policzek i powiedział pa, bo co? Nie wiem. Ale w sumie zaskoczył mnie. Poszedł jak gdyby nigdy nic do auta a ja odprowadziłam go wzrokiem. W tym mieście wszystko i wszyscy są tak bardzo dziwni. Nawet drzewa w tym wszystkim wydawaj się być dziwne. Mimo wszystko nie narzekam, choć nadal do tego nie pasuję ani w milimetrze. W sumie chciałabym sprawdzić jak to jest się do tego wszystkiego pod pasować. Kiedyś na pewno spróbuję, ale na razie nie jest na to odpowiedni moment. Nie dla mnie. Ja potrzebuję trochę czasu, żeby się do klimatyzować do otoczenia. Powolnym krokiem szłam w stronę domu a niebo zaczynało się rozjaśniać i wychodzić słońce, mimo że deszcz nadal padał. Na niebie pojawiła się podwójna tęcza i każde dziecko, które widziałam czy w przejeżdżającym aucie, czy w oknie cieszyło się na jej widok. Chciałabym mieć młodszego brata. Albo przynajmniej kogoś kto byłby dla mnie tak bliski no i młodszy. Gdy weszłam do domu i ściągnęłam z siebie buty i kurtkę, w kuchni zostałam zasypała milionami pytań.
-Kto to był? Jak długo go znasz? jak na ma imię?-Aha nie wiem o co chodzi.
-Woah! Zaczekaj...-Podniosłam do góry ręce zatrzymując ciocię przed zadawaniem kolejnych głupich pytań.-Najpierw mi powiedz o co Ci chodzi?-Podniosłam do góry brwi oczekując na odpowiedź ze strony ciotki.
-No ten chłopak...-Przewróciła oczami.
-Co? Skąd wiesz? Przecież ty... ale... co?-Ta kobieta mnie szpiegowała czy co? Mam się czuć obserwowana?
-Byłam w sklepie.-wzruszyła ramionami jak gdyby sie nic nie stało.
-W 10 minut? Zazwyczaj jesteś tam koło godziny.
-Potrzebowałam tylko kilka rzeczy. To jak się nazywa? Gdzie go poznałaś?-Ciotka jest strasznie dociekliwa. Bardziej niż zwykle. Zazwyczaj wolała mi dać spokój bo wie jaka jestem. Może jej samej się on spodobał i dlatego się tak wypytuje.
-Ugh... Nazywa się Justin i chodzimy razem do klasy...
-Czyli nie każdy jest idiotą jak mówisz hm? Podoba Ci się?
-Jest w porządku.-wzruszyłam ramionami siadając na krześle i opierając brodę o łokcie.
-W porządku? Naprawdę? Przyznaj niezłe z niego ciacho.
-Fuj ciocia... Jak Ci się tak podoba to się za niego bierz a mi daj spokój.
-Nie, nie ja jestem za stara.-Ciotka się zaśmiała.
-w sumie racja.
-Czy ty mówisz, że jestem stara?-Ciocia udała urażoną.
-Sama to przyznałaś. Nie ukrywam, że nie jesteś nie wiadomo jaka młoda, ale nie wyglądasz na dużo. Gdybym Cię nie znała dałabym Ci maksimum 25 lat.-Zaśmiałam się. Tak ciocia nie jest najmłodsza... ma 30 lat, ale wcale nie tyle nie wygląda.
-Dobra, dobra. Nie podlizuj się. A powiedz mi jeszcze... ile ten Justin ma lat?
-Nie wiem. Znam go dopiero dwa dni, nie znam jego historii. A zresztą co się tak interesujesz?
-Nic po prostu cieszę się, że znalazłaś sobie znajomych.
-Woah! Chyba się zagalopowałaś! Po primo liczba pojedyncza po sekundo on nie jest moim znajomym. To tylko chłopak z mojej przeklętej klasy.
-To dlaczego Cię pocałował w policzek?-Ona widziała dużo. Dużo za dużo.
-Nie wiem sama go zapytaj...-Powiedziałam a mój telefon zawibrował w kieszeni i wydał charakterystyczny dźwięk. Wyciągnęłam telefon i odebrałam wiadomość. "Przepraszam".
   O co kurde chodzi? Po pierwsze nikt ze mną nie pisze, po drugie za co i kto by miał mnie przepraszać? Odpisałam do nieznajomego.
"Kto pisze? I za co przepraszasz?"
Nie musiałam długo czekać, aż dostanę odpowiedź.
"Za tego całusa. Zapomniałem się."
Aha. Wszystko wiem. Tylko skąd on ma mój numer? Zaraz po zapisaniu go w moich kontaktach w telefonie odpisałam.
"Skąd masz mój numer?"
-Z kim piszesz?-Wtrąciła się ciocia wyciągając różne produkty z lodówki i z szafek.
-Uhm... Pomyłka. A teraz um... gram. A ty co robisz?-Ona za dużo chce ze mnie wyciągnąć.
-Będę piec ciasto.
-Ok.-powiedziałam i poszłam do salonu spoglądając na znów wibrujący telefon.
"Kochanie, jestem z Bronxu. Dla mnie to nie problem ;)"
Aha. Znów. Położyłam się na kanapie i już nic mu nie odpisałam. Chwila! Czy on mnie nazwał kochaniem? Coś mi się zdaje, że znów się zapomina. Chwilę później mój telefon znów zawibrował, tyle że tym razem dzwonił. Rany! Oczy on mi nie da spokoju. Litości... Nie wiedziałam czy odebrać, ale w końcu odebrałam i przyłożyłam telefon do ucha.
-Halo?
-Cześć.
-Cześć? Dlaczego do mnie dzwonisz?
-Nudzi mi się.-Mogłam sobie wyobrazić, że właśnie wzruszył ramionami.
-Aha i dlatego postanowiłeś, że zadzwonisz właśnie do mnie?-Zmarszczyłam brwi.
-Chyba...-Chwila... czy on mnie irytuje? Tak, irytuje mnie.
-Nie nasłał mnie... raczej Ciebie nie nasłał na mnie, któryś z twoich głupich koleżków?
-Nie, a co?
-Nic. Wolę się upewnić. Wolę być przezorna i pewna.
-Jesteś zbyt porządna.
-A ty zbyt nie porządny. Nie umiem Cię ogarnąć ani w jednym calu.
-I o to chodzi. Nie chce żeby ktoś mógł czytać ze mnie jak z otwartej książki, jak z Ciebie kochanie.-znowu to robi, znowu to robi, znowu to robi, znowu. Zabije go ale może kiedy indziej.
-Po primo, nie mów do mnie kochanie a po
sekundo nie da się ze mnie wszystkiego wyczytać.
-Ale główne rzeczy owszem. Co potrzebuje, już wiem.-On mi działa na nerwy dlaczego tak bardzo próbuje mi wmówić coś co nie jest prawdą? Skoro tak uważa okej ale nie musi mi tego mówić. Chwila, ale po co mu te całe informacje, które "już wie"?-A i czemu mam do Ciebie tak nie mówić?
-Z kim tam rozmawiasz.-Oho ciekawska ciocia. Przyszła do pokoju i usiadła obok na fotelu. Szybko podniosłam do pozycji siedzącej.
-Z nikim. Nie ważne.-Wstałam pośpiesznie z kanapy i ruszyłam w stronę pokoju, ale zatrzymał mnie znów głos cioci. Powiedziałam cicho "zaczekaj" i odsunęłam słuchawkę telefonu od ucha.
-Z nim rozmawiasz?-Głupio się uśmiechnęła. Westchnęłam trąc czoło.
-Tak... idę do pokoju.
-Powiedz mu, że jest ładny!
-Przystojny ciocia, przystojny.
-Jednak Ci się podoba!
-Shh... Chodzi o to, że facet nie może być ładny... tylko przystojny. A z resztą nie będę z tobą już prowadzić konwersacji na ten temat i w tym momencie wycofuję się do pokoju, który mimo swojej wielkości co mi się podoba jest cały różowy, a dobrze wiesz, że nie znoszę różowego..-Ostatnie słowa powiedziałam podnosząc głos. Ciocia się zaśmiała i ja zresztą też, po czym uciekłam do pokoju. Położyłam się na łóżko i znów przyłożyłam słuchawkę. Jedyne co usłyszałam to jego śmiech.
-Co Cię tak bawi?-Mimo mojego pytania on dalej chichotał ale odpowiedział.
-Z Ciebie kochanie. Jesteś urocza kiedy się denerwujesz. Szkoda, że Cię wtedy nie widziałem.
-A ty irytujący nie tylko gdy się denerwujesz.
-Taki już jestem.
-Użalasz się czy chwalisz?
-Stwierdzam fakty.-Znów mogłam sobie wyobrazić jak wzrusza ramionami.
-Mam ochotę...-przerwał mi zanim skończyłam.
-Na mnie?-Otworzyłam szeroko oczy, ale szybko i pewnie odpowiedziałam.
-Owszem związane jest to z tobą, ale raczej nie należy to do miłych rzeczy, chyba że lubisz być bity.
-Ale przyznaj, że na mnie też.
-Nie igraj ze mną Justin...-pogroziłam na co on zadowolony z efektu swojej "pracy" się śmiał jak idiota.
-Dla Ciebie pan Bieber.
-Matoł.-Nie wiem jak jeden człowiek może mnie tak bardzo doprowadzać do szaleństwa. Nie tego pozytywnego tylko negatywnego. Mam go dość ale nie mam ochoty się rozłączać. Wiem nie konwencjonalne do tego wszystkiego, ale jednak.-Chyba znam twoje nowe hobby. Irytowanie mnie.
-Oh przyznaj, wkurwiam Cię.
-Tak wkurzasz mnie.
-Nie, nie. Nie tak. Wkurwiam.
-Nie przeklinam.
-No nie pierdol.-Co w tym takiego dziwnego? Owszem, może czasami mi się wymsknie, ale to rzadko, tak myślę.
-Bo Ci się rodzina powiększy, a ty zdecydowanie powinieneś ograniczyć.
-Nic nie powinienem. Mówię jak mi się podoba.
-Misie to ty masz w lesie.
-Co...
-Nie ważne. To ja, mnie nie ogarniesz.
-Yh... okej? Będziesz jutro w szkole?-Ugh... życie szkolne nigdy nie umiera.
-Tak, znaczy jeśli ciocia mnie podwiezie to tak, bo nie mam ochoty znów jechać taksówką. Nienawidzę ich.
-Jesteś dziwna, ale lubię tą dziwność.-Chwila czy on właśnie.. powiedział, że coś we mnie L U B I? Może.. Ale nie wiem co takiego cudnego w tej dziwaczności. Ale z resztą on sam jest dziwny, więc... wszystko wiemy.- A przyjechać mogę po Ciebie ja.
-No chyba Cię pogięło...
-Dlaczego?
-Specjalnie będziesz jechał po mnie z Bronxu na Queens, żeby znów jechać Na Bronx? Nie ma mowy...-Pokręciłam głową mimo, że tego nie widział.
-O której i gdzie?-Uuu... uparty. W sumie spoko.
-AHA.-Powiedziałam wyrzucająco.
-No. Podasz ten adres czy sam mam Cię znaleźć?
-W sumie jak nie masz co robić... szukaj kochanie.-ostatnie słowo powiedziałam z naciskiem na co się zaśmiał.
-Chamsko... Będę o 7.20. Żegnam.
-Również żegnam.-Odpowiedziałam na co oboje się zaśmialiśmy po czym zakończyliśmy rozmowę. Wow. Spodziewałam się, że będzie gorzej. Od początku obawiałam się tej rozmowy, ale było... fajnie? Tak chyba tak. Głupio wyszło z tą ciocią i jak zapytał czy to na niego mam ochotę. Wtedy zrobiłam się na sto procent czerwona jak pomidor. Nie lubię takich sytuacji, w których nie wiem co zrobić, ale dzisiaj wyjątkowo szybko wybrnęłam. Zdaje mi się, że od zdecydowanie dłuższego czasu nie rozmawiałam z kimś tak dużo. Nie narzekam czy coś, po prostu jestem bardziej cichą osobą. Z reguły wolę unikać rozmawiania z kimś. Ale myślę, że powinno mi to wyjść na dobre. I cioci się to spodoba.
~*~
   -Ugh... zamknij się błagam. - Mówiłam do siebie w myślach. Czy ten cholerny budzik musi dzwonić w najlepszym momencie? Spało mi się tak bardzo wygodnie. Dla mnie spanie jest czymś najlepszym na świecie. To jest jakbyś umierał na kilka godzin, a później normalnie wstał. Podniosłam się z łóżka i poczułam mocne pulsowanie głowy. Świetnie. Po prostu idealnie. Tyle sarkazmu w kilku słowach. Aż się przelewa.
   Dzisiaj postawiłam na jasne jeansy, bordową bokserkę i czarne sandałki na koturnach. Aha i tak byłam niska. Yay... w tych 10-cio centymetrowych koturnach mam 1.76 czaicie? Nie narzekam jakoś szczególnie, ale... trochę mało. Ale to rodzinne. Moja świętej pamięci mama to miała 1.56, kiedy tata w tym samym czasie miał 1.76. Wyglądało to nawet uroczo, ale troszkę dziwnie. Przeglądałam się chwilę w lusterku, spojrzałam na zegarek i zrezygnowałam z tych butów. Postawiłam na zwykłe białe conversy. Miałam jeszcze pół godziny, więc spokojnie uczesałam włosy i pomalowałam oczy. Zeszłam na dół do kuchni, która była pusta i pachniała naleśnikami. Na stole obok talerza pełnego  naleśników leżała kartka zgięta w pół. Gdy ją wzięłam do ręki wyleciało z niej 50 dolców. Pojawia się pytanie. Skąd ona bierze tyle kasy? I po co mi jej aż tyle daje? Nie jestem jakaś wymagająca. Mimo to schowałam pieniądze do kieszeni i wzięłam się za jedzenie naleśników. Zjadłam aż 2 z może 10. Resztę naleśników przykryłam drugim talerzem. O równej 7.20 jak podejrzewam Justin zaczął trąbić jak najęty. Aż tak mu się śpieszy do tej cholernej szkoły? Leniwie wstałam z krzesła i wyciągnęłam z apteczki w szufladzie tabletki na ból głowy. Nie specjalnie się śpiesząc połknęłam tabletkę popijając wodą i schowałam butelkę soku pomarańczowego do torebki, którą podniosłam z podłogi. Wyszłam z domu i zauważyłam czarnego Jeepa, w którym siedział opierający się łokciem Justin cały czas trąbiąc. Nawet nie zauważył, że wyszłam. Zamknęłam drzwi i otworzyłam drzwi auta.
-Skończ trąbić matole!
-10 minut spóźnienia.
-Straszne.-Zapięłam pasy i ułożyłam się wygodniej w fotelu. Miłe przywitanie z rana.
-Jak Ci się spało?-zapytał ruszając z pod domu.
-Dobrze dopóki nie musiałam wstać. Głowa mi zaraz wybuchnie.-Jęknęłam i odwróciłam głowę w jego stronę.
-Trzeba było o mnie tyle nie myśleć.-zaśmiał się nie odrywając wzroku od drogi.
-Jeszcze masz czelność.-powiedziałam poważnie po czym się zaśmiałam.-A tobie jak się spało?
-Spoko.-wzruszył ramionami.-Po za tym, że śniło mi się, że zjadł mnie kot to spoko.-Zaśmiałam się po czym on też.
-Co?
-Nie lubię kotów.-nadal nie przestawałam się śmiać.
-No co ty. Koty są fajne. Ale psy lepsze. Chciałabym mieć psa. Albo nie. Nie wiem.-Teraz to on się ze mnie śmiał. Zamknęłam oczy i słuchałam cicho grającego radia. Odwróciłam głowę w stronę okna i patrzyłam na obraz za nim.
~*~
-Kurwa!-Usłyszałam krzyk, gdy szarpnęło autem.-Co za idiota! Ja bym Ci prawa jazdy nie dał chuju!-Justin krzyczał jak opętany na kierowce w czarnym BMW.
-O co chodzi?-Zapytałam zdezorientowana, patrząc na chłopaka a on spojrzał na mnie i się uśmiechnął.
-Spałaś?-zaśmiał się. Spałam? Najwyraźniej.
-Pff.. Tss... Co... Nie.-zaśmiałam się głupio, co wprawiło chłopaka w jeszcze większy śmiech.-Haha. Śmieszne. Rzeczywiście.
-No trochę tak.
-Zamknij się matole.
-Skończysz z tym matołem czy nie?
-Raczej nie. Chyba, że wolisz hm... frajerze, dupku, idioto, palancie, gnoju...
-Nie, dzięki. Wolałbym po prostu Justin.
-Czyli na razie zostajemy przy matole.-zaśmialiśmy się a on pokręcił głową. Dalej jechaliśmy w ciszy i tym razem nie zasnęłam. Pięć minut później byliśmy pod szkołą i Justin zaparkował na parkingu a ja nawet nie ruszyłam się o cal. Chłopak wysiadł z auta i otworzył drzwi od mojej strony, ale ja dalej siedziałam. Przymknęłam na chwilę oczy i westchnęłam.
-Nie śpij! Już dojechaliśmy. Nie zasypiaj.-chłopak się śmiał, ale mi wcale nie było do śmiechu.
-Justin, nie chce tam iść. Nikt mnie tam nie chce.
-Przestań... dasz radę. Chodź.-Powiedział i wyciągnął rękę w moją stronę. Niepewnie ją złapałam i wyszłam z auta. Chłopak zamknął auto i ruszyliśmy w stronę budynku. Każdy się gapił. Wyrwałam moją rękę, którą on cały czas trzymał i spuściłam głowę.
-Co jest?
-Wszyscy się na nas patrzą jak na idiotów.
-Zazdroszczą.
-Nie ma czego zazdrościć.-Weszliśmy do szkoły Justin odszedł w całkiem inną stronę i wyglądał na wkurzonego. Nie wiem, może powiedziałam coś nie tak. Wzięłam głęboki wdech i weszłam do sali, w której było już kilka osób. Nie wiedziałam gdzie mogę usiąść więc stałam jak idiotka i patrzyłam się na klasę. Nagle jakaś dziewczyna, której nigdy nie widziałam na oczy złapała mnie za rękę i popchnęła na ścianę. Stała niebezpiecznie blisko mnie. Patrzyłam na nią dziwnie ale z przerażeniem w oczach. Nie wiem o co może jej chodzić.
-Odwal się od Justina.-wysyczała przez zęby. Aha. Czyli o to jej chodzi.-On jest mój rozumiesz? Mój!
-Ej uspokój się okej? On mnie tylko podwiózł okej?-Ona mi grozi? O nie. Zaraz się zsikam. Rozumiem jakbym jeszcze coś zrobiła, ale ona się mnie czepia bez konkretnego powodu.
-To czemu trzymałaś go za rękę szmato?!
-Po primo on trzymał mnie, po sekundo k o l e g a-powiedziałam wyjątkowo spokojnie. Gdzie mój strach? Skąd się wzięło u mnie tyle odwagi. To na prawdę niby nic, ale jak na mnie...-A i uważaj na słowa bo nic Ci nie zrobiłam.-Odepchnęłam ją od siebie i poszłam usiąść w ostatniej ławce pod ścianą. Ona się nie poddała. Podeszła i oparła się o stolik i kontynuowała.
-Nie chcesz się kurwa dowiedzieć jaka jestem jak się wkurwię, więc lepiej nie doprowadzaj mnie do stanu wkurwienia i odpierdol się od niego!-Ona jest głupia czy głupia?
-A ty nie wiesz jaka ja wtedy jestem, więc lepiej daj mi spokój i wypierdalaj mi stąd Pędzikiem, bo mam Cię kurwa dość!-Ups... przecież ja nie przeklinam. Www... już się uspokajam.-O Justin świetnie, że jesteś. Mógłbyś łaskawie wziąć ode mnie swoją dziunie bo mnie tak jakby wkurwia?-Justin popatrzył na mnie jakbym miała co najmniej trzy głowy .-Teraz!
-Vanessa, czy możesz mi wyjaśnić dlaczego, doprowadziłaś ją do tego? I jak?-Popatrzył na dziewczynę nadal zdziwiony.
-Oh, przestań i po prostu ją stąd usuń!-Jak powiedziałam, tak Justin zrobił. Coś tam jeszcze do mnie ta cała Vanessa pieprzyła, że to nie koniec czy coś, ale skupiłam się na tym, że ciocia napisała mi, że dzisiaj wróci później do domu. A to dopiero nowość! (Sarkazm). Chciałabym spokoju troszkę, ale nie! Po co?
-Biała, jeśli jeszcze nie wiesz to miejsce jest moje więc spierdalaj okej?-Oh Josh. Co za miłe spotkanie. (Sarkazm). 
-Jeśli jeszcze nie wiesz, mam to w dupie.-Kurwa nie! Znaczy... kurcze. Cholera muszę przestać. Co ta szkoła zemną zrobiła? W Niedzielę idę się wyspowiadać nie ma bata. Nie powinnam tego mówić prawda? 
Josh oparł się o ławkę tak samo jak ta cała Vanessa.
-Kochanie. Powiedziałem raz, że masz spierdalać, więc nie mam zamiaru Ci tego powtarzać. A teraz spierdalaj, póki jestem spokojny.
-Właśnie to powtórzyłeś idioto.-Będę się smażyć w piekle.
-Spierdalaj kurwo z tego miejsca.
-Oh. I znów. Cóż za okrutny los.-wzruszyłam ramionami. Szczerze? Chyba zacznie mi się to podobać. Chłopak podszedł do mnie od tyłu i złapał za moje długie włosy.
-Josh, ty mała kurwo!-krzyknął Justin, zanim ten zdążył mi cokolwiek zrobić. Puścił moje włosy a ja wykorzystałam okazję i wstałam, i kopnęłam chłopaka w krocze. Nie dam sobą pomiatać oj nie!
-Dupek.-Splunęłam w jego stronę i wróciłam na swoje miejsce, poprawiając swoje ubranie i włosy, udając, że nic się nie stało. Justin podszedł do kolegi i pomógł mu wstać tylko po to by móc na niego nakrzyczeć.
-... A spróbuj jej coś jeszcze raz zrobić, to Ci obiecuję, że Cię własnoręcznie kurwa zabiję.-Czułam się zwycięsko. Jak nigdy. Bardzo miłe uczucie. Nikt, ale to nikt nie będzie mnie już nigdy więcej w jakikolwiek sposób dręczyć. Nigdy. Chwilę później Justin dosiadł się do mnie.
-Ponoć nie przeklinasz, hm?
-Oj tam, bo mnie wkurzyli.
-Wkurwili.
-Cokolwiek. Nikt mnie nie będzie bił, tym bardziej jakiś palant o chorych ambicjach, bycia królem w tej zasranej szkole. Ja się nigdy nie wypowiadam na czyjś temat i ogólnie mało gadam, ale on jest poważnie jakiś... jakiś...
-Pierdolnięty? Tak wiem. To damski bokser. Nie szanuje nikogo, a w szczególności kobiet. Nie mówię, że ja jestem aniołkiem.-Chłopak głupio się uśmiechnął na co przewróciłam oczami a on się na to zaśmiał.-Ale to co on robi jest totalnym przegięciem. Koleś obrabia każdemu dupę, a potem udaje kolegę. Jest pierdolnięty umysłowo i nie warto zwracać na niego uwagi. A na Ciebie owszem.-Zmarszczyłam brwi na to c powiedział? Co miał na myśli mówiąc to? Nie jestem jakąś nie wiadomo jaką pięknością czy coś, ani... nie wiem, no nie wiem.-Znaczy mam na myśli, że jesteś inna.
-A dlaczego mam być taka sama jak reszta? Tym bardziej, że nie jestem stworzona z przypału i w dodatku nie z miłości? Jak mogę być jak inni? Albo raczej czemu? Myślę, że chyba lepiej być takim jakim się jest, czyż nie?-Oh.. tak. Jestem z przypału. Rodzice się pokochali dopiero po czasie. Gdy sie dowiedzieli o tym, że mama jest w ciąży w, hmm... drugim miesiącu? Później się stali tacy inni. Pobrali się w 4 miesiącu ciąży. Wszystko było na szybko. Zanim się urodziłam. Później stali się tacy porządni no i religijni. Jak nigdy.
-Nie chodzi o to. Jesteś... tajemnicza. To jest najlepsze. Cały czas, odkrywa się coś nowszego i nowszego.
-Dzięki... chyba.-zaśmiałam się. Chciałam coś jeszcze dodać, ale do klasy wszedł nauczyciel. Chcąc nie chcąc zapadła "cisza" w klasie. Ta. Każdy cały czas gadał, ale jakby o ton ciszej. A ja jakby nie chciałam robić sobie przypału w trzeci dzień w szkole.
Halo już go zrobiłaś?
Wcale nie.
Skopałaś kolesiowi klejnoty!
Zamknij się.
Przypał pozostanie przypałem.
Wylyź!
-Justin?
-Hm?-Odwrócił się w moją stronę. Przełknęłam ślinę. 
-Dlaczego jesteś dla mnie miły?



###########################
Jest dwa! Rozdział praktycznie cały pisany na telefonie, więc za błędy przepraszam. Dodaję też przez telefon. Poprawię... w najbliższym czasie. I w najbliższym czasie dodam również bohaterów. Yaaay! Cieszymy się? Nie? No to narciarz :) 
   Czekam nadal na propozycje postaci, bardzo, żem ciekawa czy ktokolwiek da xd 

CZYTASZ-KOMENTUJESZ :*

czwartek, 12 czerwca 2014

1 "What te hell am I doing here"

     Przed przeprowadzką nie spodziewałam się, że w Queens może być tak miło i kolorowy tym bardziej w mojej okolicy znajdującej się niebezpiecznie blisko Bronx. A nawet i miałam nadzieję, że tak nie będzie, bo tym bardziej nie umiem się dostosować choćby kolorystycznie do otoczenia. Większość moich ubrań jest w ciemnych kolorach. Bordowe, granatowe, szare i czarne. Ok ok jako dziewczyna oczywiście posiadam też kilka kolorowych bluzek ale to chyba i tak za mało. Ale posiadam też jedną sukienkę* oczywiście czarną, ale dostałam ją od cioci na urodziny. Nie mogę się nawet kolorystycznie dopasować do mojego blado różowego pokoju, który przyznam jest całkiem fajny, bo duży. Najbardziej podoba mi się łóżko, które w dzień mojego przyjazdu miało pościel w moim ulubionym kolorze- bordowym. Ciotka jest straszną paniusią, bo w końcu jest projektantką mody. W dodatku jest starą panną co świadczy o jej opiekuńczym zachowaniu. Rozumiecie to, ze ona mi od tygodnia przynosi śniadanie do pokoju?! Nie mówię, że mi się to nie podoba no ale... niech mi da trochę samodzielności i tym bardziej prywatności, bo wchodzi sobie do już mojego pokoju zdecydowanie za dużo razy. Ale tym bardziej się tak zachowuje, kiedy po prostu nie chce z nią rozmawiać, więc ona się martwi bardziej niż powinna. Na prawdę nie jestem aż taką desperatką, na którą wyglądam i nie robię sobie krzywdy. Jak byłam mała dziewczynką, jeszcze wtedy z rodzicami jak byłam w wesołym miasteczku byłam ubrana cała na różowo.

*Flash back*

-Mamo a dlaczego trawa jest zielona a nie na przykład różowa? 
-Takie są już prawa natury córciu.-Zaśmiała się kobieta około trzydziestu lat. Trzymała się za rękę z starszym o maksimum pięć lat mężczyzną. Wyglądali na szczęśliwą parę.
-Ja jak będę duża to zrobi różową trawkę i będę mogła mieć różowy ogródek z takimi pięknymi różyczkami! I będę się w tym ogródku bawiła z moim różowym pudelkiem. Ciocia mi kiedyś obiecała, ze mi kupi różowego pudelka.
-Pewnie córciu ty będziesz miała wszystko różowe.-Zaśmiał się mężczyzna, podając małej dziewczynce ubranej w różowa sukieneczkę i różowe buciki, i z blond kręconymi włosami spiętymi w wysokie kucyki przyozdobione różowymi wstążeczkami, watę cukrową i oczywiście żeby nie było również różową.

*End*

     Mimo tego całego różu zawartego w tym wspomnieniu, bardzo lubię sobie o nim myśleć. Zawsze zadawałam głupie pytania i ogólnie dużo mówiłam. Do wypadku. Rodzice zginęli kiedy miałam 10 lat. Później wychowywali mnie dziadkowie aż do kiedy się przeprowadziłam do ciotki. Tak to jest ta ciotka, która mi obiecała różowego pudla. Fuj nie wyobrażam sobie teraz tak z takim pudlem na spacery chodzić.
Już w na początku tego tygodnia miałam iść do nowej szkoły ale ciocia się zgodziła abym mogła iść dopiero jutro. W zamian pomagałam jej w projektowaniu młodzieżowej odzieży. Ciocia ma w planach założyć swoja własną sieć sklepów z modą i myślę, ze już będzie jego otwarcie jeśli dobrze pójdzie to w następnym miesiącu..
     Miesiąc temu skończyłam 18 lat ale nic to nawet nie zmieniło w moim życiu. Dalej jest tak jak było. Nudno. Nie sorry cofam. Zyskałam 500 dolców i kilka lekcji jazdy autem. Jak dobrze pójdzie już za kilka miesięcy może 6 albo nawet 5 będę miała prawko. A auto kupię sobie, za pieniądze, które zarobie u cioci w sklepie, jeśli wszystko wypali. A mam nadzieję, że wypali.
     Jest godzina 18 a ja mimo mojej natury lenia postanowiłam iść się przejść po mieście. Nie szczególnie lubię ludzi ale lubię móc sobie iść powoli kiedy wszyscy wokół mnie się śpieszą. Czuję się wtedy jak w slow motion**. Oczywiście nie wiele to zmieni ale ubrałam coś co nie wyróżniało by mnie z tłumu. Czyli czarne rurki i krwisty top z nadrukiem "Don't talk to me". Do tego ubrałam czarne wysokie converse a moje teraz już czekoladowe nadal kręcone włosy związałam w koński kucyk. Wzięłam swój telefon i wsadziłam słuchawki do uszu wychodząc z domu.

~*~
    Szłam pełnymi ulicami powoli, wsłuchując się w brzmienie strun gitary akustycznej piosenki, która leciała w moich słuchawkach. Kiedy dalej podążałam w dół ulicy i piosenka się skończyła, nadal słyszałam gitarę akustyczną. Wyłączyłam następującą kolejną piosenką i ruszyłam w stronę skąd słyszałam muzykę. Na schodach ratusza siedział jakiś chłopak grając na gitarze. Chwilę mu się przyglądając słuchając gdy z każdą chwilą dodawał słowa tworząc naprawdę świetną piosenkę. Patrzyłam na niego i słuchałam słowa piosenki, której nie kojarzyłam i delikatnie się uśmiechałam. Chłopak kiedy się zorientował, że go obserwuję również na mnie spojrzał swoimi miodowymi oczami i również lekko się uśmiechną. Tak delikatnie, że ledwo dało się to zauważyć. Kiedy skończył podeszłam do futerału z gitary, w którym leżało kilka centów i wyciągnęłam pieniądze, które na wszelki wypadek ze sobą wzięłam i rzuciłam mu wszystko co miałam. To było chyba 15 dolarów. I jak gdyby nigdy nic odeszłam. Ponownie włączyłam muzykę i w słuchawkach rozbrzmiała piosenka Lykke Li. Po kolejnych 30 minutach wróciłam do domu. Od razu po wejściu poszłam do łazienki wziąć prysznic i spakować te cholerne książki. Dzisiaj pierwszy raz od dłuższego czasu nie poszłam do kościoła. Na prawdę nie wierzyłam, że aż takie lenistwo może mnie ogarnąć.

~*~
Po godzinie czytania wyjątkowo nudnej książki usłyszałam krzyk z dołu domu.
-Lo! Zejdź na chwilę.-usłyszałam głos ciotki z dołu. Ona uwielbia mnie nazywać Lo. Nie mam pojęcia dlaczego. Zeszłam leniwie po schodach i ujrzałam całą jak zwykle różową ciocię stojącą w otwartych drzwiach frontowych.
-Co jest?-zapytałam zakrywając ręką usta przy ziewaniu.
-Muszę wyjechać na dwa dni, i mam do Ciebie prośbę...
-Co jak to wyjechać?- No tak ja jestem dla wszystkich, nikogo nie ma dla nie. Nigdy.
-Wrócę jak najszybciej obiecuję... tylko proszę Cię, zebyś poszła do tej szkoły okej?
-Jasne tylko problem w tym, ze nie mam zielonego pojęcia gdzie ta szkoła jest.-Ciotka trochę się skrzywiła.-Powiesz mi? Jakoś dojdę...
-Nie.-szybko się odezwała, jakby coś urwała. To jakiś wonderland pieprzony, ze nie może mi powiedzieć czy jak?-Rano przyjedzie po Ciebie taksówka i Cię zabierze do szkoły.-powiedziała stanowczo.
-Ale ja sama mo-
-Powiedziałam nie.-Przerwała mi i westchnęła.- Trzymaj.-Ciocia podała mi 100 dolarów. Whoa! zaszalała. Nie będzie jej przez dwa dni i nie potrzebuję, aż tyle kasy, ale najwyżej odłożę sobie na wakacje. Które szczęśliwie są za 6 miesięcy. Uhu!(sarkazm).
-Jasne...-powiedziałam zabierając pieniądze i żegnając się z ciocią.

~*~
   Prędko zabrałam rzeczy z podłogi i zbiegłam na dół, gdy usłyszałam dźwięk klaksonu. Wzięłam klucze i szybko zamknęłam drzwi. Wsiadłam do taksówki i przywitałam się ze starszym kierowcą. Siedziałam lekko spięta w aucie i rozglądałam się dookoła okolicy. Szeroko otworzyłam oczy ze zdziwienia i spojrzałam na kierowcę gdy ujrzałam tablicę z napisem "Bronx".
-Przepraszam, ale chyba pan pomylił drogi.-powiedziałam z nadzieją, że rzeczywiście pomylił trasę.
-Nie nie panienko. Jedziemy dobrze. Kazano mi Ciebie tu przywieźć.
-Ale przecież... Nie to musi być pomyłka.-Powiedziałam gdy kierowca zatrzymał auto pod budynkiem w okół, którego roiło się od młodzieży. Dziewczyny miały skąpe stroje, a mój przy nich wyglądał jak zakonnicy. Czarne spodnie i ciemno zielona bokserka uwydatniająca mój nie kolosalnych rozmiarów biust.
-Napewno to tu. Nie bój się panienko. Jeśli chcesz możemy po Ciebie przysłać taksówkę zaraz po tym jak skończysz lekcje.-Kiwnęłam głową.
-Kończę o 13.15. Do widzenia.-Powiedziałam wychodząc z auta. Taksówka odjechała a wszyscy się gapili na mnie jakbym miała trzy głowy. Za 3 minuty jest dzwonek ale muszę zadzwonić do cioci i wszystko wyjaśnić.
-Halo?
-Co to do jasnej cholery ma znaczyć?
-Lo...
-Co Lo? Co Lo? Nie mogłaś mi powiedzieć? Przynajmniej bym się jakoś nastawiła na to?
-Wiem, wiem....
-Możesz mi powiedzieć czemu do jasnej cholery tu jestem?-Mówiłam głośno, ale nie byłam wkurzona tylko bardziej bałam się tego co miało za chwilę nastąpić. Zadzwonił dzwonek i niektórzy zaczęli się zbierać, ale nie szczególnie się im śpieszyło, więc mi tym bardziej.
-Kochanie jutro Ci wszystko wyjaśnię. A teraz idź na lekcję.-Westchnęłam.
-Okej tylko powiedz mi jeszcze, o której jutro będziesz?
-Koło 16 nie martw się. Trzymaj się, wszystko będzie okej.-Pocieszyła mnie no rzeczywiście... Rozłączyłam się i ponownie westchnęłam. Ręce mi się trzęsły w tej chwili jak galareta. Albo jak w tej chwili gdy zasłabłam na WF-ie. Fuj. Weszłam do szkoły i po drodze usłyszałam. "Patrzy nowa biała" "Co to gówno tu robi?", "Te, patrz jakieś emo przyszło do naszej szkoły." Tak... nie będzie ten dzień należał do najlepszych. Kiedy otworzyłam klasę zakręciło mi się w brzuchu. Wszyscy gadali. Gadali o mnie, ale nawet nie odważyłam się spojrzeć na moją przyszłą klasę.
-Dzień dobry.-powiedziałam cicho podchodząc do biurka nauczyciela.
-Oh witaj. Jesteś nowa tak?-Kiwnęłam głową i przełknęłam gulę w gardle.-Może się nam przedstawisz?- No dzięki. Poprawiłeś mi dzień panie czarny. Popatrzyłam na klasę ale nikomu się nie przyjrzałam, bo bałam się trafić na ich zabijające spojrzenia.
-Ugh.. Um..- Nie umiałam nic wydusić.- Ja...
-Język Ci ucięli?-Zaśmiał się jakiś chłopak, a obok niego siedział ten chłopak grający wczoraj na gitarze.
-Zamknij się Josh.-Syknął chłopak od gitary.
-Co ty stary? Bronisz nowej białej?-zdziwił się jak już wiem Josh.
-Nie widzisz kurwa, że się boi?-Chłopak podniósł głos.
-Chłopcy...-Nauczyciel się wtrącił.-Kontynuuj proszę.-Ponownie zwrócił się do mnie.
-Um... Nazywam się Love i mieszk-
-Jak się nazywasz?! Love? Hahaha co to za imię!-Powiedziała jakaś dziewczyna a cała klasa się głośno zaśmiała łącznie z nim, ale on zaśmiał się delikatnie tak samo jak jakaś dziewczyna, a nie tak jak reszta- głośno i kpiąco. Spuściłam głowę i patrzyłam na swoje strasznie ciekawe buty. Nauczyciel ponownie uciszył klasę z powodzeniem dopiero za trzecim razem, gdy zagroził wszystkim kozą.Spojrzałam błagalnym wzrokiem na nauczyciela, aby zakończył moje tortury i pozwolił mi usiąść. Na szczęście się zlitował. Usiadłam do pierwszej ławki, która jako jedyna była wolna, bo ta klasa jest wyjątkowo mała.
    Kiedy zadzwonił dzwonek, szczerze nawet mi się nie spieszyło żeby wyjść stąd, niestety musiałam. Na korytarzu wszyscy komentowali mój wygląd i się śmiali ze mnie. Chciałam jak najszybciej znaleźć kolejną klasę ale stanął przede mną Josh z kilkoma koleżkami., chciałam ich wyminąć ale mi na to nie pozwolili.
-Gdzie Ci się tak śpieszy Love?-zakpił Josh gdy wypowiadał moje imię.
-Na lekcję.-powiedziałam cicho.
-Jeszcze jest przerwa kochanie.-Zrobiło mi się nie dobrze gdy powiedział do mnie kochanie po czym się do mnie przybliżył.-Chodź ze mną...-powiedział wsuwając rękę w moje włosy. Brzuch mnie ponownie dziś zakręcił. Spuściłam głowę i spięłam każdy możliwy mięsień mojego ciała.
-Josh co ty kurwa robisz?! Nie wyraziłem się jasno?-Usłyszałam warknięcie za swoimi plecami, a chłopak natychmiast wziął ode mnie swoje ohydne łapska.
-Stary wyluzuj. Szybko ją przelecę i już Ci ją oddaje.-zaśmiał się głupio razem ze swoimi kolegami.
-Nie jestem rzeczą.-powiedziałam cicho ale stanowczo.
-Oo... biała ma język.-Podeszła ta jędza z klasy do boku Josha.-Chłopak od gitary staną przede mną i zaczął krzyczeć na swojego kolegę. Chwilę później wszystko się rozmyło a ja zleciałam na podłogę. Chłopaki przestali na siebie krzyczeć, a widownia była nie mała. Bezimienny obrońca szybko uklęknął a ja podniosłam się do pozycji siedzącej i złapałam za głowę.
-Nic Ci nie jest?-Wstałam powoli z podłogi raz przytrzymując się chłopaka, rozejrzałam się dookoła i wybiegłam na chwiejnych nogach ze szkoły. Oparłam się o zimny budynek i odetchnęłam z lekką ulgą. Po chwili chłopak zjawił się przy mnie.-Chodź, musisz iść do pielęgniarki.
-Nie.-Powiedziałam szybko.-Ja.. pójdę do domu, dzięki.-Powiedziałam i odepchnęłam się od muru i ruszyłam przed siebie.
-Że na nogach?-odwróciłam się żeby na niego spojrzeć. Kiwnęłam głową.-Nie ma mowy. Zawiozę Cię.-podszedł do mnie.
-Nie ja... ja dojdę. Jakoś...
-No chyba Cię coś boli.-Prychnął
-No właściwie...
-Chodź.-Złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę czarnego Jeepa. Otworzył mi drzwi i mnie lekko wepchnął do auta. Nie chcę, żeby mnie odwoził. Nie musi znać mojego adresu. Nie znam go nawet ale wiem, ze jest uparty jak osioł. Chwilę później już chłopak odpalał silnik.-Gdzie?
-Uh... na Queens...
-Konkretniej...?-Przewrócił oczami
-Tam gdzie grałeś na gitarze.
-Jasne...-Chłopak ruszył i jechaliśmy w ciszy przez całą drogę. W końcu gdy już byliśmy na miejscu i chłopak się zatrzymał odpięłam pas i otworzyłam drzwi.
-Dzięki.-Powiedziałam wychodząc.
-Love?-popatrzyłam na niego pytająco. Już chciałam się znaleźć w domu.-Nie bój się go. On jest idiotą.-posłałam mu lekki uśmiech.-Będziesz jutro? Mam nadzieję, ze nie zraziliśmy Cię do tego stopnia, że już nigdy nie wrócisz.-Również się uśmiechnął.
-Będę.-powiedziałam po czym odeszłam w stronę domu.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*sukienka
 **slow motion- zwolnione tempo

wtorek, 10 czerwca 2014

Prolog

Czy byłaś kiedyś w takiej sytuacji, kiedy nie chciało Ci się choćby podnieść jednego palca? Albo być tak bardzo wyłączona z jakiegokolwiek funkcjonowania? Nie myśleć i niczym? Dosłownie o niczym?Tylko siedzieć i bezczynnie patrzyć się w jeden pusty punkt? Czy był to jeden dzień czy dwa? A może cały tydzień?
Ja mam tak całe żyć.

Możesz osiadać wszystko czego chcesz. Możesz mieć możliwość aby mieć mnóstwo przyjaciół, mieć życie towarzyskie. Ale jeśli stracisz coś co jest dla Ciebie ważniejsze niż wszystkie bogactwa świata, nigdy nie będziesz szczęśliwym człowiekiem.

A znasz odpowiedź na pytanie po co udawać fałszywie szczęśliwego? Albo dlaczego to coś przytrafiło się właśnie tobie? Dlaczego nie możesz żyć normalnie? Podejrzewam, że nie, ale możesz znać odpowiedź na pytanie czy wszystko może się zmienić od jednej głupiej przeprowadzki? Pewnie, że znasz. Odpowiedzią na to pytanie zawsze jest TAK. Przeprowadzka to szansa na nowe życie i szansa na pozbycie się raniącej przeszłości. Nigdy nic nie przychodzi łatwo i szybko ale jednak przychodzi. Tak samo było w moim przypadku.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Siemka to mój kolejny blog o Justinie Bieberze. ( JEŚLI GO NIE LUBISZ TO PA) Mam nadzieję, że wam się spodoba i nie wyjdzie on takie jak inne blogi :>  Komentujcie, kogo chcecie za główną bohaterkę bo sama jeszcze nie wiem i pozostali bohaterzy oczywiście po za Justinem :3